menu

Kojące doznania

Cosmoderna to instagramowy profil o – jak mówi o nim jego twórca Marcin Wojdak – lekkim zabarwieniu architektonicznym. Fotografie obiektów znajdujących się w mało oczywistych miejscach, wybieranych metodą „im dalej od cywilizacji, tym lepiej”, wzbogacone są miniopowiadaniami, które łączą się z tym, co przedstawione jest na zdjęciach, ale nie stanowią ich opisu. Brzmi intrygująco? Sprawdźcie, co kryje się pod kombinacją hasztagów #powojennymodernizm, #prl, #wczasy, #duchologia, #urbex, #ostatniturnus.

Hotel Amber, z cyklu Cosmoderna, fot. Marcin Wojdak

1. Hotel Amber

Rok 1991 to nie tylko rok lustrzanego odbicia dziewiętnastki. Był to też rok, w którym rodzący się na prapiastowskiej ziemi kapitalizm urodził swój pierwszy symbol – Hotel Amber Baltic w Międzyzdrojach.

W pierwotnych założeniach miał to być kolejny obiekt włączony do sieci hotelarskiej Orbisu. Upadek PRL i problemy finansowe państwowego operatora sprawiły, że inwestycję przejął Warimpex, czyli generalny wykonawca prac. I to właśnie dzięki Warimpexowi możliwe było zorganizowanie festiwalu gwiazd i powstanie sąsiadującej z hotelem promenady, na której wspomniane gwiazdy odciskały swoje dłonie. O pokraczności festiwalu pisałem nie raz, więc już kolejny nie będę, ale do kurwy nędzy – serio – przez lata wyznacznikiem statusu aktorów, reżyserów, piosenkarzy i artystów różnej proweniencji było to, czy raz w roku będą mieli okazję założyć hotelowy szlafrok, czy nie.

A jak już im się udało i poszli w nim na hotelowy basen, to pomyśleli: „Co ja się będę szczypał. Powiem, że zostawiłem na basenie. Biorę go do domu”.

Wróćmy jednak do hotelu. Mimo że stoi przy samej plaży, mimo że jest wielką bryłą i nijak nie pasuje do uzdrowiskowej zabudowy Międzyzdrojów, to wygląda świetnie. Zarówno z bliska, jak i z daleka. A z lotu mewy to już zupełnie jest wspaniały. Jego biały kontur efektownie kontrastuje z zielonym tłem Wolińskiego Parku Narodowego.

To zresztą nie jedyny kontrast, jaki powstaje z wykorzystaniem Amber Balticu. Współczesne wykwity niepohamowanej chęci dorwania się do bezpośredniego widoku na morze, wypadają bardzo blado na tle swojego starszego kolegi. Efekciarskie, przeskalowane, zupełnie ignorujące przestrzeń, w jakiej powstają, nowe hotele i apartamentowce, tylko podkreślają to, jak dobrym projektem był pierwszy 4-gwiazdkowy hotel na polskim wybrzeżu.

– Patrzcie! To chyba Jakimowicz!
– Nie… Za krótkie włosy, to Nina Terentiew.
– Coś ty, za wysoka jest na Ninę. To Andrzej Strzelecki.
– Nie znacie się. To jest ten… na K.
– Koldberger?
– Nie, krócej…
– Kryszak?
– Jeszcze krócej…
– Koniec?!
– Dokładnie tak…

Radom NOT, z cyklu Cosmoderna, fot. Marcin Wojdak

2. Radom NOT

Urodzić się w Radomiu i mieszkać w Warszawie to trochę jak w latach 90. być jedynym Tutsi w wiosce Hutu. Niby wyglądasz tak samo, mówisz tak samo, ale jak tylko zdradzisz swoje pochodzenie, to masz przejebane.

Dlatego dzisiaj chciałbym wam wszystkim, radomskim emigrantom, pomóc się wybronić. Chciałbym dać wam narzędzie, dzięki któremu, odpowiadając na pytanie: „A ty, skąd jesteś?”, już nigdy nie będziecie się wstydzić.

To nie są proste rzeczy i doskonale wiem, jak silny niepokój wewnętrzny, może generować konieczność skonfrontowania się z niewygodną prawdą.
Moja metoda to pewniak. Pewniak nie powstaje w dwa dni ani w kilka minut, które poświęcam na napisanie tego tekstu. Pewniak wykuwa się latami. Najpierw rodzi się jako idea, którą trzeba testować na każdy możliwy sposób, aby po pewnym czasie obrosnąć doświadczeniem. I dopiero wtedy można zacząć rzeźbić. Ja rzeźbiłem ją kilka lat. Najpierw próbowałem najprostszych rozwiązań.
– Skąd jesteś?
– Z Radomia.
– Co leszcz…
– Twoja stara!

Działało, ale jak miałem 9 lat. Potem już nie było tak łatwo.

– Skąd jesteś?
– Z Radomia.
– O kurwa. Chłopaki! Chodźcie tu! Mamy wieśniaka w grupie!
– Jak dam wam 50 zł, to się ode mnie odczepcie?

Działało, ale się nie opłacało. Dlatego poszedłem w bardziej merytoryczne opcje.

– Skąd jesteś?
– Z Radomia.
– Je jebie, z Radomia… Ty, a tam u was to są same drewniane chaty, nie?
– To w skansenie. A w samym mieście mamy na przykład wspaniały budynek NOT-u. Nie dość, że z zewnątrz imponuje szkieletową konstrukcją elewacji, to w dodatku wnętrze wciąż skrywa oryginalny wystrój z mosiężnymi lampami na czele!
– Chłop, a gada jak baba…

Ta metoda nie działa wcale. Nie ma okoliczności, w których elokwencja, a nie daj zboże erudycja, może coś zdziałać. Dlatego mój pewniak bazuje na prostszym pomyśle, który jeszcze nigdy mnie nie zawiódł i was, drodzy radomianie, też nie zawiedzie. Daje go wam za free. Z czystej sympatii. Oto on. ⠀⠀
– Skąd jesteś?
– Ja?
– Tak, ty.
– Z Warszawy.

PS Ja jestem z Łodzi.

Kęszyca Leśna, z cyklu Cosmoderna, fot. Marcin Wojdak

3. Kęszyca Leśna 

 – Mamy problem z gościem spod piątki…
– Co jest?
– Uparł się, że chce sobie kupić taki sam parasol jak jego sąsiad.
– Czekaj, czekaj… A czy to nie jest ten sam facet, co wcześniej położył taką samą glazurę na balkonie jak ten u góry?
– No tak.
– To menda… Jest, kurwa, taki wybór w marketach, a ten małpuje. Na kiedy mamy zaplanowane docieplanie?
– Zależy, na którym piętrze.
– No na tym jego.
– To musiałbym sprawdzić, bo na ten rok to chyba mamy tylko wstęgę od tego szczytowego mieszkania do drugiej klatki. Tam, co robimy początek zielonego kwadratu.
– A potem?
– Potem to chyba nie wiem.

Nie. Nie ma co dalej szyć tego dialogu. Udawanie cepów nie jest ani zabawne, ani mądre. To jest kabaret, a jak wiadomo, jedynym wartym uwagi kabaretem jest ten, w którym główną rolę grają zgrabne nogi, a nie czerstwe żarty. Warto natomiast wspomnieć o bloku w Kęszycy Leśnej. Jak niemal w każdym dawnym garnizonie niemieckim, który po wojnie został przejęty przez Rosjan i dostosowany do ich potrzeb, tak i w Kęszycy powstały bloki. Bloki postawione w lasach pośród piętrowej, ceglanej zabudowy koszarowej. Trudno o większe niedopasowanie. Mnie się jednak podoba, głównie ze względu na radziecką proweniencję. Dlatego nie mam moralnego prawa, żeby napisać, jak paskudnie wygląda ta balkonowa wolna amerykanka. Ani tego, że jak to jest możliwe, że tworząc tak małą wspólnotę lokatorską, ludzie nie potrafią się dogadać w sprawie estetyki ich małego bloku.
Napiszę za to coś innego.

POCZĄTEK PIOSENKI KABARETOWEJ
Jeśli nie byliście jeszcze w Kęszycy, to tam jedźcie,
I się dowiedzcie
jak tam teraz jest
I czy parasol jest
Jak nie pada deszcz

REŻYSERKA REALIZATORA TRANSMISJI
– Filmuj mi teraz tego chłopa i babę, co tak rżą na widowni i klaszczą.
– Tego z wąsem?
– Ta. I tą w trwałej. No, ale ruchy, ruchy! 

Stalowa Wola, z cyklu Cosmoderna, fot. Marcin Wojdak

4. Stalowa Wola

Jedną z moich ulubionych książeczek z przygodami Tytusa, Romka i A’Tomka była ta o wyprawach na Wyspy Nonsensu. A w zasadzie to dwie książeczki, bo wyprawy na Wyspy Nonsensu były dwie. Jedna pod koniec lat 70., a druga w połowie 90. Fabuły obydwu bazowały na prostym pomyśle stworzenia monokulturowych wysp, w obrębie których każdy mieszkaniec robiłby to samo. I tak na Wyspie Palaczy, wszyscy palą i posługują się językiem kaszlowym, na Wyspie Uczonych wszyscy podnoszą swoje kwalifikacje naukowe, a na Wyspie Deskorolkarzy wszyscy jeżdżą w kaskach, co bardzo mocno obnażało nieznajomość tematu w wydaniu Papcia Chmiela.

Dlaczego piszę o tych komiksach? Bo jadąc do Stalowej Woli, liczyłem na to, że będzie ona właśnie taką wyspą nonsensu w wydaniu lokalnym. Że wszystko tam będzie ze stali, a każdy napotkany na ulicy człowiek będzie hutnikiem. Że drzewa będą miały liście z żelaza, a zamiast rzeki płynąć będzie surówka. Mógłbym tak jeszcze długo wymieniać, ale wobec oczywistej puenty tej historii, byłoby to czyste marnotrawstwo miejsca.

Stalowa Wola nie okazała się wyspą nonsensu. Jej dawna monokultura przemysłowa jest już ledwo zauważalna. Podobnie zresztą jak i różnice między kolejnymi miastami w Polsce (i nie tylko w Polsce, rzecz jasna). Te same sklepy, takie same markety, takie same rynki, place i osiedla. I kiedy miałem już wskakiwać do pieca hutniczego, żeby spłonąć w nim z rozpaczy nad utratą wyspiarskiej odrębności miast, spojrzałem na zdjęcia stalowych lamp, wiszących między stalowymi balustradami tej pięknej stalowej klatki schodowej i przypomniałem sobie, że to jest przecież wnętrze hotelu w Sandomierzu, a nie stalowolskiego „Hutnika”! Czyli już wcześniej tych wysp nie było.

Wszystko to nie jest winą postępujących zmian, tylko mojej zupełnej nieznajomości w odczytywaniu map współczesnych wysp nonsensu.

Bo to nie w Polsce mam ich szukać.

To Polska jest jedną z nich. 

5. Uniwersus Wawa

– To może numer 23. Pan Szybik, proszę bardzo.

– „Bardzo chciałbym być już w przyszłości. Zrobić przeskok o kilka, może nawet kilkanaście miesięcy i odnaleźć się w zastanej rzeczywistości. Ominąć rafy, wśród których brodzę, i wypłynąć na niczym niezmącone wody. Złapać wiatr w żagle i niesiony pasatami znaleźć swój bezpieczny ląd. Swoją przystań. Swój dok”.
– To wszystko?
– Tak.
– Widzę, że jest pan chyba, panie Szybik, niespełnionym marynarzem, co? Marnuje się pan u nas na wydziale. Pan powinien w ręku trzymać sekstans, a nie pióro.
– Tak mi się z tematem te oceany skojarzyły jakoś.
– „Jakoś”, „te”. Pracę panu ojciec pisał czy pan tak specjalnie teraz mówi byle jak, żeby zaimponować naszemu nieukowi Jagodzińskiemu, który, widzę, że już zasypia w ostatniej ławce?
– Nie zasypiam, tylko słucham pana profesora z należytą uwagą!!
– Ty już mnie nie bajeruj, Jagodziński, bo jak Szybik dopłynie do portu, to ty jesteś następny.
– Tak jest, panie kapitanie!
– Wracając do pana Szybika… Jak pan lubi morze, to sobie pan może o nim pisać do woli. Nie będę tu pana ograniczał, ale co pan tak z tą przyszłością? Skąd pan wie, że ona będzie lepsza niż teraźniejszość?
– Tak mi się wydaje. Przecież przyszłość to rozwój i nowoczesność. Po to wszyscy pracujemy, żeby ta przyszłość była lepsza, a nie gorsza.
– Interesuje się pan może architekturą?
– Nie.
– A szkoda, bo widzi pan, gdyby pan się jednak raczył zainteresować, to może by pan kojarzył taki budynek jak Uniwersus w Warszawie. Z 1980 roku. I gdyby pan wiedział, jak wygląda, jaką ma formę, jaką futurystyczną bryłę, to może by pan pomyślał, że dobrze już było. Że nowoczesność też już była, a przyszłości niczym się od dzisiaj nie różni, bo jak mawiał Mrożek: „Jutro to dziś, tyle że jutro”.
– Pan to jest jednak pesymista…
– Dosyć tego, Jagodziński… czytaj swój tekst!

Piotrków Trybunalski, Cmentarz Żołnierzy Radzieckich, z cyklu Cosmoderna, fot. Marcin Wojdak

6. Piotrków Trybunalski – cmentarz

Doskonale pamiętam moment, w którym zacząłem bać się śmierci. Był to 1994 rok, pogrzeb koleżanki mojej babci. Miałem 10 lat, a to był pierwszy raz, kiedy świadomie uczestniczyłem w takiej ceremonii. Kiedy grabarze zaczęli spuszczać do grobu trumnę, nie wytrzymałem i się rozpłakałem. Moja babcia jeszcze mocniej mnie objęła, nachyliła się do ucha i zapytała:
– Co ty odpierdalasz?! Dlaczego ryczysz?
– Booo… booo…
– No co?! No co?!
– Bo ja nie chcę skończyć w tak paskudnym miejscu jak te wszystkie cmentarze! Rozejrzyj się i spójrz dalej niż na futra tych swoich odsztyftowanych koleżanek i wyglancowane ryje ich spasionych mężów! Przecież tu jest obrzydliwie! Jak to wszystko wygląda? Pomnik na pomniku, zero drzew, jakieś Jezusy powykrzywiane, wielkie krzyże, złote litery… Są nawet ławeczki z plastiku i kostka Bauma w roli passe partout pomnika. Ja nie chce umierać do takiego miejsca!
– Wielkie mi mecyje. Jakby poza cmentarzem było pięknie. Nie rób scen i się zamknij. Jak umrzesz, to będzie ci wszystko jedno. Jak chcesz, to mogę cię zakopać w piaskownicy. Tam będziesz leżał. Lepiej?
– Nie! Nie chcę w piaskownicy!
– To gdzie chcesz?
– Chcę jak żołnierze. Jak radzieccy żołnierze! Oni mają piękne cmentarze. Symetryczne, dyskretne, pełne zieleni, bez tych strasznych krzyży, bez tej całej chrześcijańskiej hucpy i atmosfery przygnębienia zmiksowanego z przeszywającym żalem. Śmierć to jest finał, a po finale masz się cieszyć, że byłeś na całym przedstawieniu, a nie się smucić, że to jego koniec.
– Chwila. Ty nie gadasz jak mój wnuczek.
– Tak? A ty nie wyglądasz jak moja babcia!
– To po co świrujesz?
– A ty po co?
– Po nic, dla jaj.
– A ja piszę post.
– No i co?
– No i nic. Spierdalaj. Już cię tu nie ma, przebierańcu jebany!

Pisanie postów staje się coraz trudniejsze. Przebywanie na polskich cmentarzach też. Dlatego serdecznie polecam wam spacery po tych radzieckich. Kojące doznanie.

Częstochowa, Urząd Stanu Cywilnego, z cyklu Cosmoderna, fot. Marcin Wojdak

7. Częstochowa Urząd Stanu Cywilnego

 Częstochowa wraca jak bumerang. Tą samą parabolą i w to samo miejsce. Pierwszy rzut zgarnął wszystkie treści, jakie nosiłem w sobie o tym mieście. Dlatego muszę zrobić delikatną korektę i zmylić trop. Uwaga… teraz!

Częstochowa wraca jak oszczep. Czyli nie wraca. I do niej samej też nie powinno się wracać. Drugi rzut być może i zahaczył o nowe treści, ale ich nie oddał z powrotem. To też wymaga korekty. Może teraz? Uwaga… start!

Częstochowa wraca… Nie, kurwa. Nie dam rady. Zresztą kto powiedział, że pod zdjęciem częstochowskiego urzędu stanu cywilnego mam napisać coś o tym mieście?

– Napisz coś o budyniu!

Kiedy byłem dzieckiem, gardziłem budyniem. Budyń był złym bratem bliźniakiem kisielu. Kisiel to intensywny smak, kolor, łatwość przygotowania. A budyń? Budyń to gęsta papka i to wiecznie przypalające się mleko. O! A mleko? Zdrowe czy nie? Możemy je pić jako dorośli czy nie? Nieustający ping-pong. Do gry cały czas dorzucane są kolejne piłeczki. Służba zdrowia – prywatna czy państwowa? Podatki – wysokie czy niskie? Kornik to szkodnik czy integralna część ekosystemu? Brać kredyt czy czekać, aż uzbieram cała kwotę?

– Poczekaj, bo już nie wiem, którą piłkę odbijać!
– Wszystkie! Szybciej! GMO –  złe czy dobre?! Karta wenecka, no graj, kurwa! Ja pierdolę! Kupuj elektryka czy zostań przy starym aucie?
– Jaki aut? Weszła przecież!
– Stop! Cholera jasna. O czym jest ten post? Co to za chaos?
– Graj, graj. Jakbyś miał tę piłeczkę nakrywać rakietką, a na koniec zamach odprowadzasz nad ramię. O tak i jeszcze raz. I ćwiczymy szlajsa. I raz, i raz, i raz… niżej nogi… i raz, i raz… dobrze, o to chodzi.
– Żebyś chociaż kontrolował kolejność wypowiadanych kwestii… Mam wrażenie, że trzy ostatnie kwestie wypowiadała ta sama osoba.
– Czyli kto?
– Ja.
– Masz rację. To cały czas byłeś ty i tylko ty, który zrobi wszystko, żeby nie pisać o Częstochowie. Bo Częstochowa jest jak… Więc właśnie, jaka jest według was Częstochowa?

Słowacja, z cyklu Cosmoderna, fot. Marcin Wojdak

8. Słowacja

 – Tato… mogę na chwilę?
– Jasne! Wejdź. Co tam?
– Smutno mi.
– Ale dlaczego? Co się dzieje?
– Koleżanki w klasie chyba średnio mnie lubią…
– No coś ty… dlaczego miałyby cię nie lubić?
– Mówią, że jestem gruby. I brzydki.
– Krzyś… nie przejmuj się takimi rzeczami. Jesteś młody, wszystko się może jeszcze zmienić, a poza tym każdy lubi co innego i co innego mu się podoba. Chodź, opowiem ci coś. Opowiem ci o Słowacji.
Słowacja to są Czechy minus. Minus zabytki, minus kultura i minus mieszczaństwo. Do Czech przyjeżdża milion turystów, na Słowację zdecydowanie mniej. Czesi ze Słowaków się śmieją. Są jak te twoje koleżanki. Ale to nie znaczy, że Słowacja jest zła i nieatrakcyjna. Nie, Słowacja ma piękną przyrodę, ma piękne góry i ma Lunik IX. Ma też wieżę widokową w Przełęczy Dukielskiej, skąd roztacza się fantastyczny widok na okolicę. I widzisz, są ludzie, którzy to sobie cenią bardziej niż Pragę czy Czeski Krumlov. Zapewniam cię, synu, że takich ludzi jest wbrew pozorom bardzo dużo. Wystarczy ich poszukać, a kiedy już takich znajdziesz, poczujesz akceptację i zrozumienie. Wtedy będziesz szczęśliwy. Nie przejmuj się zatem tymi koleżankami. Szukaj takich, które pojadą z tobą do Koszyc.

– Ale ja nie chcę jechać do Koszyc.
– Krzyś, Koszyce to tylko przykład… Poczekaj, słyszysz to dziwne pikanie?
– Gdzie?
– …pi… pi…
– Pod ławą chyba… Sprawdź no, co to jest.
– …pi… pi…
– O rany! Tato! Tu jest karzeł!
– Jak to karzeł?
– No karzeł! I pika.
– …pi… pi… pi…
– Jakby miał zaraz wybuchnąć!
– …pi… piee… piee…
– Weź go potrząśnij!
– Boję się! Zrobił się cały czerwony! Chyba zaraz pęknie!
– …piee… piee… pieeerdole was!

 

Rozmowy z Marcinem Wojdakiem o Cosmodernie posłuchacie w Bęc Radiu.
Zobaczcie Instagram Cosmoderna.