menu

ARTPORN URATUJE NAS

Aby mówić o naszych ciałach, musimy je odzyskać – Rafał Żwirek pisze o pożytkach Porn Film Festival Berlin

Aga Szreder i Rafał Żwirek, Pandemic Excercises, plakat do filmu

W chwili, gdy piszę ten tekst, przez Polskę przelewają się fala rewolucji i czara goryczy: właśnie teraz w przestrzeni publicznej i wirtualnej trwa kulturowa wojna. Pomijając różnego rodzaju oczywistości (bieżąca polityka, pandemia, pozycja Kościoła itp.), sednem tej wojny jest ciało i stosunek do niego. Granice ciała i jego autonomia od zawsze wypierane były z masowej świadomości, zawłaszczane, kontrolowane i limitowane. Nawet wizerunki naszych ciał podlegają określonej reglamentacji i próby ich zmiany lub poszerzenie pola ich percepcji i interpretacji napotykają u większej części społeczeństwa zdecydowany opór. Wojna o ciało nigdy się jednak nie odbyła, a nasz codzienny kulturowy krajobraz jest wciąż jednostajny i ubogi niczym mazowieckie równiny w grudniu.

Z tej perspektywy odbywający się od piętnastu lat Porn Film Festival Berlin – wydarzenie niemające odpowiednika w Polsce – wydaje się doświadczeniem kluczowym i otwarcie mówiącym od lat o sprawach rozgrzewających opinię publiczną w Polsce dopiero teraz. Jest to mówienie językiem, który przez długi jeszcze czas wydawać się będzie tutaj niewłaściwy lub całkowicie niezrozumiały. Przyjrzyjmy się zatem temu językowi, ideom, które za nim stoją, i oswójmy go wreszcie, z pożytkiem dla nas i tej rzeczywistości, która części mojego pokolenia zaczęła się – mam takie wrażenie – wymykać w sposób już nie tylko jawny, ale wręcz totalny. Przywróćmy sobie ten język, bo bez niego jakikolwiek dyskurs o współczesności okazuje się zaledwie szkicowy i wybrakowany. Jeżeli bowiem nie zaczniemy go używać, to piekło, które zbudowano społeczności LGBT, kobietom oraz wszystkim grupom i jednostkom mającym świadomość własnej seksualnej tożsamości i praw z niej wynikających, pochłonie nie tylko ignorancką większość, ale także nas, stojących na zupełnie innych frontach tej wojny.

PFFB jest alternatywnym festiwalem filmowym, skupiającym się nie tylko na seksualności, ale także na polityce, na zagadnieniach płci, feminizmie, równości, opresji i w dużej również mierze na kwestiach społecznych, które z wszystkich powyższych tematów wynikają. Festiwal zwykle gromadzi tłumy – przez kilka dni najstarsze niemieckie kino Moviemento przeżywa oblężenie*. Bilety zwykle wyprzedane są z wielodniowym wyprzedzeniem, każdego dnia przed kinem koczują ludzie chcący kupić bilety ze specjalnej awaryjnej puli, widzowie zapisują się na seanse na rezerwowe listy (zawsze istnieje szansa, że znienacka zwolni się wyprzedane miejsce), a w samym kinie tłum okupuje pięć sal, w których bez przerwy, od rana do późnej nocy wyświetlane są festiwalowe filmy. Jednocześnie w okolicznych miejscówkach odbywają się panele dyskusyjne, wernisaże, performansy, a nocami festiwalowe imprezy w niezrównanym berlińsko-fetyszowo-queerowym stylu. Przez tych kilka dni żyje się tu w lekkim amoku, zdarza się, że na przedpołudniowych projekcjach pojawiają się widzowie, którzy właśnie skończyli party. 

W ciągu tych kilku dni wyświetlane są setki filmów podzielonych na tematyczne bloki. Nie sposób bowiem obejrzeć wszystko, ale dzięki temu podziałowi istnieje jednak szansa, że uda się zobaczyć przynajmniej znaczny fragment z obszaru, który wydaje się nam najbardziej interesujący.

Żeby całą tę sytuację dodatkowo podkręcić, poza stałymi pozycjami kuratorzy festiwalu co roku dodają nowe pola artystycznych poszukiwań. W dużym stopniu wiąże się to z trzymaniem ręki na pulsie produkcji artpornowych – jak mało który obszar kultury pole niezależnego porno błyskawicznie reaguje na zmiany społeczno-politycznej rzeczywistości. Wydaje się nawet, że reakcje te są o wiele szybsze, a także mniej powierzchowne niż np. na polu sztuki współczesnej. Na pewno jednak ich dynamika znajduje swoje odzwierciedlenie w każdym kolejnym festiwalu.

Tegoroczny festiwal był tego najlepszym przykładem: po pierwsze pandemiczna rzeczywistość znacznie ograniczyła zarówno możliwości produkcyjne artystów artpornowych, jak też niezamierzenie wymusiła przyjrzenie się zagadnieniom seksualności z zupełnie nowych perspektyw. Po drugie, zredefiniowaniu uległy sposoby narracji, nagle bowiem okazało się, że tegoroczne produkcje w dużym stopniu zwróciły się w stronę eksplorującą bardziej teorię filmowego języka alternatywnego porno niż w stronę dotychczasowych, już przecież rozpoznanych praktyk. 

Na uwagę zasługiwał na pewno blok czy też kategoria będąca swoistym signum temporis: „Sex in time of Corona” skupiająca się właśnie na teraźniejszości czasu zarazy. Dla większości z nas lockdown oznaczał przecież znaczne ograniczenie kontaktów, również seksualnych. I być może dlatego film Morgany Meyer Covid Obsession był jednym z najbardziej poruszających obrazów, jaki miałem okazję do tej pory widzieć. Pokazywał on rzeczywistość lockdownu w sposób tak bardzo duszny, tak gęsty, tak wypełniony emocjami (strachem, pożądaniem, zagubieniem, przerażeniem, samotnością), że w czasie projekcji zdałem sobie sprawę, że chciałbym, żeby ten film się już skończył, że dotyka we mnie czegoś wypartego. W narrację Covid Obsession wplecione zostało kilkadziesiąt przemówień liderów i liderek światowej polityki dotyczących pandemii. Przy okazji odkryłem, że język, jakim posługiwały się przywódczynie i przywódcy innych krajów, gdy zwracali się do swoich suwerenów, jest językiem zupełnie nieistniejącym w polskiej sferze publicznej. Było to dość smutne odkrycie.

Kolejną kategorią, która objawiła się na PFFB jako całkowicie nowa, był blok nazwany przez kuratorów „Theory Porn”. W dość szczególny sposób wpisywał się w nią film Camera and I zrobiony przez Shine Louise Houston, postać ważną na scenie artpornu nie tylko jako osoba robiąca filmy – w dodatku z queerowej, czarnej i kobiecej perspektywy – ale także jako niestrudzona kuratorka i założycielka jednej z najciekawszych platform prezentujących dokonania niezależnego porno, Pink Label TV. Tym razem Houston pokazała film będący interesującym komentarzem do podstawowego zagadnienia w teorii filmu: relacji aktora i kamery, w której to w pewnym sensie aktor staje się obiektem, a kamera tworzywem. Jeżeli dodamy do tego zagadnienia znane z teorii technik filmowych i polejemy to stymulującym sosem voyeuryzmu… to otrzymamy film, który przydałby się jako pomoc edukacyjna w szkołach filmowych. W 16 minut rozwiązuje zagadnienia, o których napisano setki stron.

Zgodnie z ideą twórców PFFB, by „teoretyzować porno i pornografić/pornografować (?) teorie”, wspomnę o jeszcze jednym filmie, którego bohaterowie są członkami berlińskiej Antify i w przenośni, i dosłownie. Film szwedzkiego artysty queerowego Lasse Langstroma Antifa Faggots wbił mnie w fotel sporym, jak na radykalne ugrupowanie, dystansem do siebie i nieokiełznaną autoironią. W pewien sposób przypominał dzieła totartowców – właśnie z powodu wspomnianego dystansu, z drugiej strony interesująco pokazywał przemiany, które pojawiają się w historii ruchów społecznych, zwłaszcza tych mających dość długą historię.

Porn Film Festival Berlin, 2020, fot. Rafał Żwirek

Porn Film Festival Berlin, 2020, fot. Rafał Żwirek

Antifa Faggots nie stroni bowiem od scen seksu – w dość hardcorowych odsłonach – ale dodaje do nich również całe lewicowe tło kulturowe: popiersie Marksa, książki Noemi Klein, manifesty Oburzonych czy deklaratywnie antykapitalistyczne tło społeczne. Scena, gdy bojówkarze Antify w trakcie praktyk BDMS wybijają szybę w hipsterskiej, ultrakapitalistycznej i ultrawegańskiej piekarni z najdroższym biopieczywem w mieście, po raz kolejny przypomniała o tym, jak ważną praktyką jest umiejętność przyglądania się sobie w krzywym zwierciadle. Albo przynajmniej zerkanie od czasu do czasu.

O tym, że festiwal dostosowuje się każdą edycją do aktualnych problemów, stanowi też jego część retrospektywna. W tym roku zatytułowana została A Virus knows no morals – przypominała filmy powstałe w czasie epidemii HIV, która zmieniła naszą kulturę w sposób znaczący, a wciąż jakby nieco ignorowany (35 milionów ofiar śmiertelnych / 78 milionów zakażonych). Znalazły się w niej nie tylko klasyki gatunku, jak wciąż głęboko poruszający i wzruszający Buddies Arthura Bressana (1985), ale także filmy opowiadające o czasie AIDS w sposób bardziej bezkompromisowy – mam na myśli wstrząsający obraz Robina Campillo 120 BPM, fabularyzowaną opowieść w pewien sposób alternatywną do pandemicznej teraźniejszości. Jest to historia ruchu ACT UP działającego we Francji w latach 90., w czasie, kiedy rząd Mitteranda ignorował edukację seksualną, koncerny farmaceutyczne opóźniały opracowanie nowych leków, a aktywiści walczący o widzialność epidemii HIV opracowywali kolejne strategie ulicznej walki. Ich spotkania i dyskusje dotyczące zakresu i granic aktywistycznej działalności stanowić by mogły swego rodzaju elementarz dla współczesnych miejskich guerrillas. Myślę, że wciąż nie rozumiemy ani tego, czym epidemia HIV tak naprawdę była, ani jak przetransformowała naszą rzeczywistość.

Z drugiej strony tegoroczny festiwal różnił się znacząco od wszystkich poprzednich – oczywiście głównie za sprawą sanitarnych obostrzeń: sale kinowe wypełnione były jedynie w jednej czwartej, zniknęły oficjalne imprezy festiwalowe, a z międzynarodowego tłumu filmowców pojawili się prawie tylko artyści berlińscy.

Jak większość festiwali także i PFFB przeniósł się do sieci, co z pewnych powodów jest wygodniejsze i bardziej demokratyczne, wciąż bowiem istnieje możliwość obejrzenia niektórych filmów.

Gdyby jednak przyjrzeć się PFFB bardziej całościowo – jako sekspozytywnej platformie wymiany i propagowania idei społecznych – to na przestrzeni piętnastu lat istnienia festiwalu dokonuje się tu kulturowa rewolucja daleko wybiegająca poza ramy tego, co zwykle określa się mianem porno. Z tzw. mainstreamem nie ma to oczywiście nic wspólnego: najbardziej mainstreamowa jest chyba obecność w Berlinie filmów Eriki Lust, ikony kobiecego i feministycznego podejścia do kategorii „porn”, w rzeczywistości będącej jednak (przy całkowitym szacunku dla jej postawy i zasług) dość sprytnym komercyjnym podejściem adresowanym głównie do klasy średniej i coraz to bardziej pozbawionym treści. W opozycji do niej z kolei stoją goszczący często w Berlinie artyści południowoamerykańscy, których radykalne filmy dotyczące wykluczenia społecznego, biedy czy otwartych represji państwa w stosunku do obywateli stanowią o naprawdę rewolucyjnym charakterze festiwalu. To w Berlinie obejrzałem film Gynecologia Autodefensa Julii Ostertag o kobiecych grupach samopomocy ginekologicznej podróżujących po dżungli i docierających do leżących na końcu świata wiosek. To także tu zetknąłem się kilka lat temu z projektem Fuck the Fascism chilijskiej artystki Marii Basury. Jej filmy skupione są wokół kwestii odkłamywania pomników i pokazywania prawdziwej historii stojącej za pomnikowymi postaciami – historii ludobójstwa, tyranii i niewolnictwa. Kilka lat później podobnego odkłamywania dokonywał ruch Black Lives Matter, jednak w znacznie mniej imponującej skali.

Oczywiście berliński festiwal to nie tylko radykalna polityka. Niejednokrotnie pojawiają się tu filmy wzruszające, penetrujące mroczne tereny niewidzialnej czułości. Jedną z moich ulubionych artystek tego obszaru jest Joanna Rytel – jej poruszający, pokazywany PFFB 2017 Stay Ups zmaga się z problemem płci, macierzyństwa i samotności w sposób tak dojmujący, że określenie „płakałem na filmie porno” nabiera naprawdę nowego i głębokiego znaczenia. Zdarzyło mi się zresztą wzruszać na wielu festiwalowych filmach. Absolutny rekord łez należy do filmu Lizzy and Seyyah Kristiana Petersena, dojmującej historii sexworkerki odwiedzającej swojego klienta w domu opieki terminalnej. Film ten – będący w rzeczywistości dość surowym formalnie dokumentem, zapisem spotkania, zawierającym oczywiście sceny seksu – miał w sobie, jak dla mnie, miażdżącą moc zdefiniowania ludzkiej seksualności od samych podstaw. 

Nie sposób wymienić bogactwa tematów, postaw i strategii prezentowanych na PFFB – za każdym razem, gdy odwiedzam festiwal, otwiera mi on oczy na sytuacje do tej pory nieznane i kuszące. Nie napisałem o wielu rzeczach: o polskich artystach pokazujących swoje prace na festiwalu, takich jak legendarny kolektyw Inside Flesh, w pewnych środowiskach otoczony kultem przypominającym trochę religijną neurozę; o prekursorce i wybitnej postaci sceny artporn Małdze Kubiak, z którą po latach ignorowania i olewania zaczyna powoli flirtować polski światek sztuki. Nie napisałem też o filmie Liad Kantorowicz No demokracy here, który mógłby być pokazywany w podziemiach Polin, a jeśli nie ma tam podziemi, to na fasadzie…

Aby mówić o naszych ciałach, musimy je odzyskać. I to nie w jakiejś deliryczno-symbolicznej warstwie, która głownie podnieca świat sztuki albo świat kościelnych krucht. Odzyskajmy je teraz, tutaj, takie jakie są, bez kulturowych konserwantów i cywilizacyjnych spulchniaczy. Bo jeżeli nasze ciała nie należą do nas tylko do idei, to również wolność nie będzie nigdy naszym udziałem. Make porn, smash racism, be happy meanwhile  – jak to się mówi czasem na pożegnanie.

Rafal Żwirek

prekariusz świata sztuki od wielu lat pomnażający kapitał symboliczny swoich koleżanek i kolegów artystek/artystów. Współpracuje bądź współpracował m.in z Arturem Żmijewskim, Joanną Rajkowską, Pawłem Althamerem, Karolem Radziszewskim, Kolektywem Voina i innymi uznanymi lub nieuznanymi jeszcze twórcami. Razem z Agą Szreder realizuje projekty z obszaru politycznego artporno – m.in pokazywane PFFB Polish CumbucketPandemic Exercises.