Wielkich nie było
Byli znani malarze, ale nie było wielkich, wielkich malarzy, którzy mogli pozwolić sobie na bezkompromisowość. Malarze dźwigali na barkach ciężar świata, od nich zależało nie-mal-że-wszystko i właśnie to powodowało, że nie mogli malować w spokoju. Leonardo da Vinci – artysta świadomy, że gdyby nie on, to nie byłoby sfumato, a gdyby nie było sfumato (perspektywy powietrznej), to do dziś nie widzielibyśmy powietrza, ergo – nie rozumielibyśmy problemu zanieczyszczeń. Nasze zegarki nie wyświetlałyby powiadomień „UWAGA NIE WYCHODŹ Z DOMU”, a kryzys klimatyczny zabiłby nas niepostrzeżenie. I jak mógł malować, gdy taki ciężar dźwigał na ramionach? Albo Picasso. Gdyby nie jego Guernica, wojna trwałaby do dziś, nie byłoby też myślenia abstrakcyjnego, a bez abstrakcji w malarstwie (to chyba akurat nie Picasso, ale na pewno jakiś mężczyzna), wiadomo – nie da się w takich warunkach pracować. Dlatego nie było wielkich malarzy.
Teraz od mężczyzn nic już nie zależy
Nic, naprawdę nic. Nie trzeba już zajmować się zbawianiem świata, można sobie usiąść w domku, spokojnie, przy kominku sztalugę ustawić i nic od tego mężczyzny nie zależy. Nieskromnie artyści mogą czasem wyjść na ulice, pomalować po kamieniach, w jakimś zoo albo parku zabaw, ale czy to coś zmienia? Nie! No i o to chodzi. Sztuka mężczyzn wreszcie uwolniła się od prymatu zmiany. Gehenna awangardy spadła z ramion. Można sobie malować tysiąc razy to samo. I tak już wszystko było. Dziś wielkość to jest dukt pędzla, faktura malarska, rozstrzyganie, że tak powiem, kwestii obrazowych. I w tym jest wielkość. Małe rzeczy, wielka sztuka.
Koniec wstydu
Dziś malarze nie muszą się wstydzić. Są ciałopozytywni, rozerotyzowani, czego przykładem jest niedawna wystawa w galerii Zatęchła. Czas już na to, by panowie zakochali się w sobie. I dobrze im to idzie! Spójrzmy tylko na te nagie ciała, na te kutasy. Takiej benedyktyńskiej cierpliwości w pozostaniu przy temacie malowania nagiego modela, od czego zaczyna się nauczanie na ASP, nie miał do tej pory żaden ze znanych artystów. A wielcy artyści to mają. Jest to też sprawa zerwania z ejdżyzmem, bo czy męskość kończy się po pięćdziesiątce? Nikt tak już nie twierdzi. Teraz z wiekiem tylko wzrasta miłość własna.
Siła obrazu
Korzystając z wiedzy, którą dają prace Judith Butler, wiemy, że społeczeństwo narzuca nam niechciane standardy. Jak tłuste plamy po kebabie i jajkach sadzonych na stole Sary Lucas, odbija ono na nas różne formy i kształty. Ale dziś obraz wytwarzany przez mężczyznę – a zarazem ten, którym mężczyzna sam się staje – jest pozbawiony tłuszczu. Jest, powiedzielibyśmy, odtłuszczony. Nie zostawia śladów. Rola w społeczeństwie, którą sugerują współcześni artyści, jest jasna, a zarazem niewyraźna. Można by ją w skrócie opisać tak: „trzeba kochać-śmiać-się-i-płakać” (za ojczyznę, honor i dowolnie wybrany odział wojska). Ale dzięki temu nie trzeba zastanawiać się nad niczym innym. Bez problemów, bez podziałów, bez woli! Nirwana – tu zaczyna się i kończy wielkość sztuki współczesnych malarzy.
Dlaczego są wielcy malarze?
Bo sami tak uznali. Chwała im i ich kolegom!
Alek Hudzik
pisze o sztuce na FB i do różnych mediów. Z NN6T związany od numeru 61, czyli od wielu, wielu lat. Redaktor naczelny „MINT” – magazynu o kulturze