menu

Drodzy czytelnicy, witajcie w roku ZOZI!

Subiektywnie o tym, jak sobie radzić z życiem w ciekawych czasach pisze Marta Królak

I hate this system but love the opportunities it creates, Grzegorz Klaman dla Mousetrap, 2005,
obiekt, Komuna Warszawa 2021, fot. archiwum Fundacji Bęc Zmiana

Drodzy czytelnicy, witajcie w roku ZOZI! Chciałabym Was zapewnić, że będzie on lepszy niż poprzedni, ale niestety na razie na to się nie zanosi. Większość z nas nadal siedzi zamknięta w domach, dzięki czemu nasze zdrowie psychiczne i relacje z najbliższymi codziennie wystawiane są na ciężkie próby. No, ale przynajmniej pierwszy raz od dawna spadł śnieg, więc może nie będzie tak źle?
Ponieważ całymi dniami scrolluję internet, niedawno natknęłam się na opublikowany na portalu Krytyki Politycznej artykuł Tomasza Witkowskiego, w którym autor porównuje psychoterapię do bezużytecznego wynalazku w rodzaju fotela z automatycznym wachlarzem.
Ten tekst oczywiście sprawił mi przykrość z wielu powodów. Zapytacie mnie więc, czy ja wierzę w moc psychoterapii? Oczywiście, że tak. Gdybym nie wierzyła, nie pakowałabym przez lata grubej kasy w terapeutyzowanie siebie ani w żaden program szkoleniowy dla przyszłych terapeutów, w którym brałam i będę brała udział. Głęboko wierzę także w skuteczność psychoterapeutycznych narzędzi oraz w to, że w obliczu życiowych kryzysów psychoterapia przydałaby się każdemu.
Pytacie więc dalej: czy psychoterapia jest towarem luksusowym? Jest, ale nie powinna być. Dobrej jakości usługi wspierające osoby w kryzysie psychicznym muszą być łatwo dostępne, nie mogą podlegać negatywnej ocenie społecznej i powinny być przede wszystkim niedrogie, bo uważam, że cena sesji u psychoterapeuty (w dużych miastach jest to koszt około 150–200 zł, a u psychoterapeutów-celebrytów nawet 500 zł) jest dla wielu osób największą przeszkodą w sięganiu po pomoc psychoterapeutyczną.
Nie zrozumcie mnie źle, są takie kwestie w mojej lewicowej agendzie, których odpuścić nie mogę, bo nie byłabym w stanie spojrzeć sobie w twarz. Ale uprawianie zawodu psychoterapeuty już nie jest jedną z nich. Zgadzam się, że w kwestii zarówno zdrowia psychicznego, jak i zdrowia w ogóle, powinno się wprowadzić systemowe rozwiązania umożliwiające jak najszerszy dostęp do świadczeń dla jak największej liczby osób. Niestety, takich rozwiązań na horyzoncie nie widać, i myślę, że głównie dlatego Polacy i Polki tak chętnie wspierają akcje charytatywne.
Ja z kolei nie mogę się już doczekać, aż zapiszę się na staż psychoterapeutyczny do szpitala psychiatrycznego i będę walczyć z zepsutym systemem od środka. Paradoksalnie jednak jestem świadoma, że wewnątrz tego systemu, aby realizować swoje cele i nieść pomoc psychoterapeutyczną osobom, które jej potrzebują, a które nie mają do niej dostępu, przynajmniej część swojego zawodowego życia będę musiała spędzić w moim prywatnym gabinecie z klientami, którzy zapłacą za sesje ze mną niemałą sumę pieniędzy. Aby być dobrą psychoterapeutką, nawet po skończeniu prywatnej, czteroletniej szkoły, wciąż będę musiała pakować grubą prywatną kasę w nieustanne szkolenie się, psychoterapię własną i superwizję. I tutaj nie mam za bardzo alternatywy – stanę się zarówno beneficjentką, jak i ofiarą prywatyzacji obszaru psychoterapii.
Czy psychoterapia jest niezbędna w życiu? Niezbędne w życiu jest jedzenie, picie i jakieś miejsce do mieszkania. Psychoterapia jednak, podobnie jak inne luksusowe dobra – wygodny materac, jedzenie z wypasionej restauracji i pyszna kombucha (lub jakiś inny popularny w wielkim świecie napój) – uśmierza ból istnienia.
Spójrzmy zatem na liczby: według WHO na całym świecie około 350 milionów ludzi cierpi na depresję. Depresja jest także najczęstszą przyczyną samobójstw, które rocznie popełnia około 800 tys. osób. Pamiętajmy, że depresja to tylko kropla w morzu zaburzeń psychicznych, a wciąż tak niewielu ma dostęp chociażby do pomocy psychoterapeutycznej, nie mówiąc już o kompleksowym psychiatrycznym leczeniu w warunkach nieurągających ludzkiej godności. Gdy czytam tego typu statystki, wracam myślami do manifestu Johanny Hedvy pt. Sick Woman Theory. To jeden z najważniejszych głosów w kwestii widzialności osób cierpiących z powodu choroby, zarówno fizjologicznej, jak i psychologicznej. Jak z kolei wielokrotnie pisał Mark Fisher, osoby chorujące na depresję mają raczej tendencję do obwiniania siebie za bycie życiowymi fakapami, podczas gdy źródło choroby często leży daleko poza osobą chorującą – zgodnie z Sick Woman Theory to nie tylko genetyka i biologia, ale także pokoleniowa trauma i opresyjny system, który zmusza nas do funkcjonowania zgodnie z nieludzkimi zasadami. Johanna Hedva w swoim eseju proponuje w dyskursie o chorobach pewien prosty gramatyczny zabieg, zapożyczony z języka kri, zgodnie z którym zamiast mówić: „jestem chora”, mówi: „choroba do mnie przyszła”. Dzięki temu małemu kroczkowi w naszym języku dokonujemy ogromnej zmiany w opisie świata osoby chorującej, bo zdejmujemy z siebie symboliczną odpowiedzialność za nasze ułomności.
I teraz zapraszam Was do mojego małego kącika zwierzeń: rzadko uczestniczę w publicznych protestach, chociaż wspieram je całym sercem. Nie robię tego, ponieważ specyfika mojej choroby polega między innymi na tym, że w tłumie dostaję paraliżujących ataków paniki. Sprawia to, że za każdym razem, kiedy widzę, jak moi znajomi skrzykują się na kolejną demonstrację, zadaję sobie, parafrazując Johannę Hedvę, pytanie: Jak rozjebać system, skoro czasami nie mogę wstać z łóżka?
Pewnie już zauważyliście, że od jakiegoś czasu coraz mniej piszę o sztuce, a coraz więcej o psychoterapii. Poniekąd jest to związane z koronawirusem i moim odkryciem, że zarówno ja, jak i prawdopodobnie masa innych ludzi, może spokojnie funkcjonować bez sztuki. Poza tym to, co wydarzyło się w art worldzie podczas roku pandemicznego życia – czyli skrócenie dystansu między osobami tworzącymi sztukę oraz budującymi narrację wokół obiektów artystycznych a odwiedzającymi wystawy – było wydarzeniem przełomowym w historii sztuki XXI wieku. Obawiam się jednak, że ponowne otwarcie galerii i muzeów oznaczać będzie zamknięcie na bliski kontakt z publicznością.
Czuję, że po prostu nie mogę być gestaltystką, uczyć się budować leczące relacje, oparte na byciu w ciągłym kontakcie z otaczającym mnie światem, i jednocześnie wspierać oparty na ekskluzywności, odrealnieniu i przez to wykluczający – aż chce mi się powiedzieć: przedcovidowy – model funkcjonowania instytucji. Ta myśl dojrzewa we mnie tak naprawdę od dawna, ale dzięki temu, że wykonałam ryzykowny manewr na mojej ścieżce zawodowej i postanowiłam odstawić karierę kuratorki czy krytyczki, aby zostać psychoterapeutką, to dziś znajduję w sobie odwagę, żeby Wam to powiedzieć.
Na szczęście w życiu jest często tak jak w języku kri i sztuka sama przychodzi do mnie. Zobaczymy więc, co przyjdzie w roku 2021 i Was, drodzy czytelnicy, zapraszam w tę podróż ze mną. Będziemy szukać jakiejś bardziej aktualnej formy dla twórczości w postpandemicznej rzeczywistości, najlepiej takiej, która ma jeszcze jakąś wartość terapeutyczną. Tymczasem trzymajcie się ciepło i dbajcie o siebie, bo chociaż otwiera się coraz więcej miejscówek, to wirus dalej śmiga, a tego, żeby przyszedł do Was koroniak, z pewnością Wam nie życzę.

 

MARTA KRÓLAK – autorka, kuratorka, współpracowniczka NN6T, członkini kolektywu Spółdzielnia „Krzak” i adeptka sztuki terapeutycznej w nurcie Gestalt.