Współbycie infrastrukturalne

czytelnia Prawo do cyfrowego miasta
Rozmowa z Krzysztofem Nawratkiem, twórcą koncepcji obywatela plug-in, o współistnieniu nauki ze sztuczną inteligencją, mieście i infrastrukturze
fot. magnific.com

Sztuczna inteligencja jest po prostu kolejnym narzędziem, które pozwala nam być ludzkością, a nie tylko zbiorem jednostek – z Krzysztofem Nawratkiem, twórcą koncepcji obywatela plug-in, wykładowcą w Szkole Architektury i Krajobrazu na Uniwersytecie w Sheffield, rozmawia Bogna Świątkowska.

 

BŚ: Jesteś autorem książek, które przyspieszały rozmowę o tym, co ma wpływ na projektowanie przestrzeni i jak ono odzwierciedla idee należące bardziej do porządku politycznego niż przestrzennego. Ideologie w Przestrzeni, twoja pierwsza książka, w zeszłym roku obchodziła swoje dwudziestolecie. Jak się z tym czujesz?

Krzysztof Nawratek: Staro. Ta książka powstała na podstawie mojego doktoratu, więc zawiera bardzo wczesne próby przemyślenia problemów, nad którymi właściwie pracuję do dziś. Rzeczywiście odniosła pewien sukces, co było dla mnie wtedy wielkim zaskoczeniem. Wiem też, że ludzie nadal czasami do niej wracają i ją czytają. Są tam fragmenty, których może nie powiedziałbym, że się wstydzę, ale zdecydowanie dziś napisałbym je inaczej. Są jednak również takie, które przetrwały próbę czasu.

Krzysztof Nawratek, Ideologie w przestrzeni. Próby demistyfikacji, 2005, wyd. Universitas

BŚ: Wróciłeś do publikowania, twoje teksty można czytać na Substacku, co cię zmotywowało?

KN: Dawno temu prowadziłem blogi po polsku, a potem, z różnych powodów, przestałem. Przede wszystkim nie miałem czasu, ale też większość mojej działalności akademickiej i intelektualnej przeniosła się do sfery języka angielskiego, w którym pracuję zawodowo. W pewnym momencie poczułem jednak, że powinienem zapisywać to, co kłębi mi się w głowie, w formie publicznego notatnika.

 

BŚ: Te teksty kontynuują twoje rozważania o ideologii ujawniającej się w przestrzeni. W jednym z nich łączysz krytykę kondycji współczesnej akademii z czymś w rodzaju manifestu czy propozycji współistnienia nauki ze sztuczną inteligencją. Piszesz, że nie powinna być ona przestrzenią realizacji wyłącznie interesów biznesowych wielkich amerykańskich korporacji, lecz że jej możliwości powinny zostać przechwycone przez środowiska, które wiedzą, jak użyć tych narzędzi w dobrym celu.
Odnalazłam w tym tekście coś, co proponowałeś już od wielu lat: spojrzenie na miasto jako przestrzeń realizowania relacji społecznych także na poziomie cyfrowym. Twoja koncepcja obywatela plug-in – kogoś, kto przemieszcza się po mieście, podłączając do usług i funkcji dostępnych w różnych miejscach – odsyła przecież do dość optymistycznej wizji rozwoju wysokotechnologicznej cywilizacji.

KN: Świat jest w koszmarnym stanie. Wszyscy to wiemy. Codziennie czytamy wiadomości, które coraz częściej wywołują wrażenie, że to nie może dziać się naprawdę. Mój powrót do pisania jest więc trochę pisaniem na przekór, próbą odnajdywania nadziei – takim hopecore, próbą patrzenia na świat wbrew temu, co się dzieje.

Nigdy nie byłem technofobem, nigdy nie bałem się technologii ani nie uważałem, że sama w sobie nas pożre. Jest w tym jednak również pewien defetyzm, przekonanie, że tego procesu nie da się zatrzymać.

Pierwszą reakcją, którą obserwowałem w brytyjskiej akademii na pojawienie się szeroko dostępnych modeli językowych, była oczywiście panika, że studenci będą oszukiwać, wszystko stanie na głowie, bo wszyscy zaczną z nich korzystać.

I oczywiście tak się dzieje – wszyscy z nich korzystają. Tylko że jeżeli uczymy w taki sposób, że model językowy jest w stanie wykonać to samo zadanie co człowiek, to oznacza po prostu, że uczymy źle. To nasza wina – z naszym sposobem nauczania coś jest nie tak.

Nie odczuwam więc strachu przed sztuczną inteligencją. Mam natomiast pytania praktyczne. Za AI stoją korporacje, a nasze dane są wykorzystywane do zarabiania pieniędzy. Mój uniwersytet ma podpisaną umowę z Google, więc we wszystkim, co robimy, jesteśmy właściwie zależni od jednej korporacji. Dla mnie jest to zatem bardzo konkretne pytanie o władzę, kontrolę i autonomię.

Krzysztof Nawratek, City as a Political Idea, 2011, wyd. University of Plymouth Press

BŚ: Akademia broni swojej niezależności jako przestrzeni, w której myśl powinna być wytwarzana samodzielnie. Z tej perspektywy sztuczna inteligencja jest przede wszystkim postrzegana jako zagrożenie – narzędzie, które może plagiatować albo zastępować indywidualną pracę człowieka. Stawiasz jednak znacznie ciekawszą diagnozę. Widzisz przestrzeń wolności intelektualnej, którą akademia chciałaby tworzyć, a która jednocześnie pozostaje silnie uwikłana w zależności: od biznesu, korporacyjnej infrastruktury, a w przypadku finansowania publicznego także od aktualnie rządzącej opcji politycznej. Co z tego wynika?

KN: Istnieje akademicki mit uniwersytetu jako klasztoru – wydzielonej przestrzeni, w której ludzie siedzą i myślą. Tyle że to nigdy nie była prawda. Pieniądze zawsze skądś pochodziły, podobnie jak polityczne i prawne wsparcie ze strony władzy. Uniwersytety nigdy nie były w pełni autonomiczne. Zawsze funkcjonowały w sieci zależności związanych z władzą, pieniędzmi, obiegiem informacji.

Wpis, do którego się odwołujesz, dotyczy bardzo konkretnie brytyjskiej akademii. Jest ona teoretycznie publiczna, ale finansowana przede wszystkim z pieniędzy studentów, którzy płacą za edukację – i płacą sporo. Tych pieniędzy i tak jest jednak za mało, więc brytyjskie uniwersytety uzupełniają budżety dzięki studentom zagranicznym, którzy płacą dwa, a czasem trzy razy więcej niż studenci krajowi.

Jedna z tez mojego tekstu jest oczywista i bardzo mocna zarazem: nikt nas, czyli akademii, nie lubi i nikt nas nie potrzebuje. Uniwersytety właściwie nie mają już politycznych sojuszników. Prawica widzi w nich siedlisko krytycznego myślenia, jakiegoś lewackiego zaczadzenia. Lewica – przynajmniej brytyjska – również nie dostrzega większego sensu w popieraniu czy obronie uniwersytetów. Z jednej strony zakłada, że studenci i tak będą na nią głosować, bo nie mają innego wyjścia. Z drugiej boi się populistycznego, antyintelektualnego odruchu, który płynie ze skrajnej prawicy albo jest przez nią stymulowany i wzmacniany. Uniwersytety zostały więc trochę sierotami i muszą na nowo znaleźć dla siebie miejsce i rolę.

Oczywiście próbowały to robić już wcześniej. Szukały sojuszników w biznesie oraz w lokalnych strukturach ekonomicznych i politycznych. Uniwersytety są przecież wielkimi instytucjami, w których pracują tysiące ludzi. To nie tylko akademicy, ale również osoby, które gotują, sprzątają, obsługują budynki, wytwarzają różne rzeczy, pracują jako technicy. To po prostu masy ludzi zależnych od uniwersytetów. W tym sensie uniwersytet zajmuje bardzo ważne miejsce w lokalnej ekonomii i dlatego miasta na ogół cieszą się, że mają u siebie ośrodki akademickie.

Drugi argument, który stawiam, jest taki, że wewnętrzna logika współczesnego brytyjskiego uniwersytetu opiera się na metrykach, liczbie publikacji i cytowań – zresztą polski system jest pod tym względem jeszcze gorszy. To po prostu logika późnego kapitalizmu. Nie ma w niej specjalnie miejsca na ten wspaniały, sielankowy obraz ludzi, którzy siedzą, myślą, rozmawiają ze sobą, wytwarzają wiedzę albo odkrywają prawdę o świecie. To się po prostu nie dzieje. Dlatego znalezienie odpowiedzi na pytanie, co dalej i jak uniwersytety powinny funkcjonować, jest tak ważne.

 

BŚ: Na czym więc ma polegać wykorzystanie możliwości, jakie daje technologia, w sposób, który umożliwia uniknięcie negatywnych konsekwencji, o których już wiemy, że są realnym zagrożeniem? Na czym powinna polegać cyfrowa suwerenność?

KN: Zacznijmy może od tego, co Europa ostatnio boleśnie sobie uświadomiła: jeśli chodzi o dostarczanie tego rodzaju narzędzi, jesteśmy niemal całkowicie zależni od państwa, którego prezydent jest osobą labilną, co chwilę zmieniającą zdanie, więc na jego wypowiedziach właściwie nie można polegać. Cała polityka konstruowana obecnie przez Stany Zjednoczone wydaje się po prostu nieprzyjazna, a momentami wręcz wroga wobec wszystkich, którzy nie podzielają poglądów przesuwających ten kraj w stronę dość egzotycznego, ale zarazem bardzo groźnego ekstremizmu politycznego.

Związki między big techami, a polityką realizowaną przez obecną ekipę prezydencką USA są bardzo wyraźne i dobrze udokumentowane. Big techy próbują przy tym zdyskredytować uniwersytety jako instytucje legitymizujące wiedzę i weryfikujące, co może być uznane za prawdę. To, co Elon Musk zrobił z Grokiem, wprowadzając go na platformę X, jest właśnie próbą zastąpienia dokonywanej przez ludzi weryfikacji wiedzy i informacji walidacją przeprowadzaną przez maszyny. To samo robi, kiedy kwestionuje Wikipedię i buduje dla niej własną alternatywę.

Jednym z największych problemów jest nasze uzależnienie od technologii, które nie powstają w Europie. Technicznie rzecz biorąc obrona europejskiej podmiotowości czy autonomii jest możliwa. I ona oczywiście w jakimś zakresie już się odbywa, bo Europa próbuje znaleźć własne miejsce w nowym porządku globalnym. Istnieje francuski Mistral, próbujący stworzyć alternatywę. Teoretycznie moglibyśmy też korzystać z modeli chińskich, co oczywiście oznaczałoby zależność od kogoś innego. No, ale można sobie wyobrazić, że Europa tworzy własną infrastrukturę, korzystając na przykład z wyczyszczonej czy zeuropeizowanej wersji DeepSeeka, który jest przynajmniej częściowo modelem open source.

 

BŚ: Sztuczna inteligencja wiąże się z kosztami środowiskowymi. To ogromne zużycie energii, wody do systemów chłodzących oraz cały szereg problemów, wśród których jest m.in. zanieczyszczenie hałasem. Kiedy rozmawiamy o europejskiej niezależności danych, to trzeba będzie się zmierzyć i z tym tematem – twardej infrastruktury.

KN: Oczywiście, ale nie ma możliwości uniknięcia wszystkich niebezpieczeństw. Kompromisy są częścią życia. Jestem już wystarczająco stary, żeby nie mieć co do tego żadnych złudzeń. Możemy jednak te niebezpieczeństwa minimalizować; nie możemy sobie pozwolić na niebranie udziału w globalnym wyścigu.  Możemy próbować wydobyć z tej złej sytuacji wszystko, co jest w niej najlepsze i rzeczywiście możliwe.

Mój zasadniczy argument, który uważam za wart dyskusji, dotyczy jednak stopnia skomplikowania współczesnego świata oraz ilości wiedzy wytwarzanej przez ludzkość. Jest to argument czysto polityczny, bo wymierzony przeciwko późnokapitalistycznym i neoliberalnym narracjom, według których jednostka samodzielnie podejmuje decyzje i sama odpowiada za swój los. W wymiarze politycznym są to te wszystkie opowieści brexitowe czy polexitowe: że poradzimy sobie sami, nikogo nie potrzebujemy, nasza chata skraja.

Wszystkie te skrajnie indywidualistyczne, prawicowe narracje są po prostu idiotyczne. Nie mają żadnego związku z otaczającą nas rzeczywistością, która jest niezwykle skomplikowaną siecią zależności. Ilość wytwarzanej dziś wiedzy jest olbrzymia. W każdej minucie powstają prawdopodobnie tysiące nowych tekstów i książek. Żadna jednostka nie jest w stanie nie tylko tego wszystkiego poznać, ale nawet śledzić tego, co powstaje w jej własnej dziedzinie. Nie ma możliwości, żebym przeczytał wszystkie teksty dotyczące obszaru, którym się zajmuję. Nawet jeśli moja działka jest stosunkowo wąska, szanse na to, że będę wiedział wszystko, są minimalne.

Uniwersytet w Sheffield, biblioteka, fot. www.sheffield.ac.uk

BŚ: No, ale to nie jest nowy problem! Dlatego mamy biblioteki.

KN: Tak, to instytucje posiadające własne procedury, które pozwalają nam włączać się we wspólnotę wiedzy.
Z mojego punktu widzenia sztuczna inteligencja jest po prostu kolejnym narzędziem, które pozwala nam być ludzkością, a nie tylko zbiorem jednostek. Została wyprodukowana i wyuczona na tym, co ludzkość wytworzyła: na naszym języku, kulturze i wiedzy. O ile dobrze rozumiem sposób jej działania, funkcjonuje ona jako wielowymiarowa przestrzeń topologiczna. To nie jest po prostu algorytm, lecz w gruncie rzeczy geometryczna sieć zależności pomiędzy znaczeniami.
Tak rozumiana sztuczna inteligencja jest przedłużeniem naszej kultury i naszej cywilizacji. Moja propozycja sprowadza się do tego, żeby zrobić z tego użytek. Potraktować ją jako naszą zewnętrzną pamięć, jako rodzaj magicznego familiara, który wyrósł z nas, ale jest czymś większym niż ja jako jednostka.

 

BŚ: Wskazujesz też na jedną z największych bolączek współczesnej akademii: ogromną ilość cennego czasu pochłanianego przez biurokrację, procedury, raportowanie i nieustanne uzasadnianie, że wykonuje się pracę sensowną i potrzebną. Rosnąca potrzeba takiego rozliczania uniwersytetu świadczy chyba również o narastającej wobec niego nieufności, którą akademia ma neutralizować, coraz dokładniej tłumacząc i mierząc własną działalność. Piszesz, że ten mechanizm osiąga już skalę, która prędzej czy później będzie domagała się radykalnej zmiany, a może wręcz rewolucji.

KN: Oczywiście ten proces zachodzi prawdopodobnie na wielu uniwersytetach i w różnych krajach, choć przybiera odmienne formy. W Polsce czy w Europie kontynentalnej wygląda zapewne inaczej niż w Wielkiej Brytanii, ponieważ uczelnie są tam w większym stopniu finansowane przez państwo. Politycy muszą więc wykazać przed podatnikami, że wydawanie publicznych pieniędzy na uniwersytety ma sens. Stąd biorą się rozmaite metody walidowania tego, co robimy.

Ilość biurokracji stale rośnie, a jest to mechanizm samonapędzający się. Ludzie zarządzający uniwersytetami nie są już właściwie naukowcami. Nawet jeśli część z nich kiedyś prowadziła badania, dziś nie ma już czasu, żeby zajmować się nauką czy nauczaniem. Stają się menedżerami i muszą uzasadniać własną pozycję, udowadniając, że są bardzo zajęci.

Żeby jednak oni mogli być zajęci, my również musimy być zajęci. Stąd wszystkie formularze, procedury i systemy, które próbują zmierzyć naszą pracę, przefiltrować ją i przełożyć na liczby – najlepiej takie, które łatwo policzyć, porównać i wykorzystać do stworzenia kolejnego rankingu. W ten sposób uniwersytet sam wytwarza coraz więcej biurokracji.

Mówię to jako ktoś, kto jest głębokim zwolennikiem instytucji. Wierzę w instytucje jako formę rozszerzenia możliwości jednostki. Natomiast to, co dzieje się z brytyjskimi uniwersytetami, jest patologią. To niemal zmiany nowotworowe: narasta coś, co stopniowo zabija życie instytucji.

BŚ: Porzućmy więc akademię i zobaczmy co się dzieje we współczesnej przestrzeni miejskiej. O czym napisałbyś dziś, gdyby „Ideologie w przestrzeni”, po dwudziestu latach, doczekały się drugiego tomu?

KN: W tej chwili zajmuję się właściwie bardzo dziwnymi rzeczami. „Dziwnymi” mówię w cudzysłowie, bo mam wrażenie, że w Polsce, poza tobą i może jeszcze trzema osobami, wszyscy już o mnie zapomnieli. Myślę, że stało się tak dlatego, że obecnie zajmuję się przede wszystkim religią, a w Polsce jest to temat, który ludzi odstrasza. Ja natomiast traktuję religię jako bardzo specyficzny sposób uzasadniania świata. Nie interesuje mnie więc wiara rozumiana jako teologiczny aspekt religii, lecz jako głębokie przekonanie o prawdziwości określonych twierdzeń. To wydaje mi się ciekawe, ponieważ ma oczywiste przełożenie na to, o czym rozmawialiśmy wcześniej, czyli na politykę.

Habermas wierzył, że uda się stworzyć przestrzeń racjonalnej debaty. Tymczasem wszyscy widzimy dookoła, że żadnej racjonalnej debaty nie ma. Co zrobić, jeśli obok ciebie żyją ludzie, z którymi po prostu nigdy się nie dogadasz? To jest pytanie, które sobie obecnie zadaję.

Sztuczna inteligencja również jest częścią tego problemu, ponieważ chodzi tu o translację, uzasadnianie i wytwarzanie mechanizmów, które pozwalają ludziom niemającym ze sobą wiele wspólnego żyć razem w jednej przestrzeni. Jest to zarazem powrót do materialności miasta. Jestem przecież architektem, więc wracam do sytuacji, w której jedziemy razem autobusem i właściwie nie ma znaczenia, czy obok ciebie stoi faszysta. Dopóki nie manifestuje agresywnie swojej orientacji politycznej, nie musi to mieć żadnego znaczenia.

Materialność miasta pozwala bardzo różnym ludziom żyć obok siebie, choć niekoniecznie razem. Nie wytwarzają oni wspólnoty. Nie tworzą tego, o czym pisałem w moich pierwszych książkach, w których była jednak silna wiara, że coś takiego jak miejska wspólnota istnieje. Tego fragmentu dzisiaj zdecydowanie bym już nie napisał.

Pozostaje natomiast obywatel plug-in: mechanizmy pozwalające nam żyć w mieście i z niego korzystać – chociaż „korzystać” nie jest tutaj najlepszym słowem – a przede wszystkim wchodzić ze sobą w relacje nie jako kompletne całości.

Jest w tym pewna dekonstrukcja człowieka. Kiedy wchodzę z kimś w interakcję, nie muszę wiedzieć o nim wszystkiego. Nie muszę podzielać wszystkich jego wartości ani odnosić się do całej jego tożsamości. Interesuje mnie określony, niewielki fragment tej osoby i to może wystarczyć. Uważam, że to jest dobre.

Taka postawa nadal odstręcza sporą część ludzi, ponieważ oni chcieliby wspólnoty. Także lewicowe narracje wciąż są zakorzenione w wyobrażeniu horyzontalnej, oddolnej wspólnotowości, w community. Ja po prostu uważam, że jest to bardzo słodkie, ale świat tak nie działa. Wszystko, co piszę, krąży wokół mechanizmów, które pozwalają nam żyć razem, ale osobno.

Na górze: Burmistz Nowego Jorku Zohran Mamdani ogłasza plan naprawy infrastruktury drogowej miasta, 6 stycznia 2026, źródło: www.youtube.com/@NYCMayorsOffice Na dole: Mamdani osobiście naprawia 100 000 dziurę w jezdni, 7 kwietnia 2026, źródło: www.youtube.com/@CBSNewYork

BŚ: Jak byś nazwał ten stan, nie wspólnoty, ale jednak bycia razem?

KN: W 2015 roku napisałem do kwartalnika „Autoportret” tekst zatytułowany „Poza wspólnotę – budując to, co wspólne” – ukazał się w numerze poświęconym Architekturze wspólnoty. Bardzo bliskie jest mi myślenie za pomocą infrastruktury. „Infrastruktura” to słowo, którego używam bardzo często. Mówię na przykład o humanistyce infrastrukturalnej czy ontologii infrastrukturalnej. Oczywiście posługujemy się pojęciami, które w danym momencie wydają nam się użyteczne i które pozwalają coś uchwycić. Jako metafora infrastruktura wciąż jednak działa.

BŚ: I jako program i jako praktyka – ćwiczy to teraz w Nowym Jorku socjaldemokrata Zohran Mamdani, który budowaniem infrastruktury umacnia poparcie dla swojego programu.

KN: Myślę, że Mamdani ma podobne intuicje: ludzie przede wszystkim muszą mieć warunki godnego życia. A to jest możliwe, jeśli infrastruktura – szeroko rozumiana – będzie działać. Ale poza tym Mamdani ma bardzo mocny etyczny kręgosłup; powiedziałbym, że jest radykalnym inkluzywistą; etyka plus infrastruktura są podstawą jego polityki. Gdybym mieszkał w Nowym Jorku, na pewno bym na niego głosował.

Krzysztof Nawratek – wykładowca w Szkole Architektury i Krajobrazu na Uniwersytecie w Sheffield. Autor siedmiu książek i wielu tekstów. Pracuje obecnie nad dwiema książkami – jedna zajmuje się radykalnie inkluzywnymi przestrzeniami konserwatywnych kościołów chrześcijańskich w Brazylii, a druga poświęcona jest systemowi parafialnemu Kościoła Anglii jako modelowi „radykalnej inkluzywności”. Sam siebie nazywa „błąkającym się mistykiem infrastrukturalnym” – jego praca krąży wokół pytania, jak radykalnie odmienne światopoglądy mogą współistnieć bez wzajemnego znoszenia się i jaką rolę odgrywa w tym przestrzeń miejska.

Krzysztof Nawratek, fot. https://substack.com/@radicalinclusivity

Rozmowa ukazała się jako część #168 NN6T, temat numeru: Prawo do cyfrowego miasta, https://nn6t.pl/2026/06/30/nn6t-168-lipiec-wrzesien-2026/