Kiedy nie znaczy tak

O szarych strefach miasta rozmowa z architektem Filipem Kozarskim
Filip Kozarski, „Obrzeża 2. Szara strefa urbanistyki”, fot. Rafał Kołsut

O szarych strefach miasta, gdzie swoboda nie jest tłumiona przez nadzór, z architektem Filipem Kozarskim rozmawia Bogna Świątkowska

Bogna Świątkowska: Przygotowana przez ciebie publikacja Off Grid. DIY. Notatki z 31B, poświęcona jest procesowi renowacji budynku znajdującego się na terenie dawnej Stoczni Gdańskiej, a dziś będącego siedzibą Grid Arthubu, interdyscyplinarnego ośrodka kultury. Publikacja jest nie tylko dokumentacją, ale także manifestem pracy własnej: ręcznej, zaangażowanej, opartej na pomysłowości, improwizacji i wykorzystywaniu dostępnych zasobów. W tę opowieść o analogowym sposobie działania wpisałeś wyraźne i bardzo krytyczne stanowisko wobec sztucznej inteligencji.

Filip Kozarski: Ja tę publikację nazywam zinem, żeby było mniej oficjalnie. Powstała właściwie bez szczególnego planu. Chciałem opowiedzieć o procesie projektowania, a przede wszystkim udostępnić projekty mebli, które zostały wykonane specjalnie dla tej przestrzeni. W trakcie pracy przychodziły mi do głowy różne pomysły i przemyślenia na temat DIY, a przy okazji pojawił się też wątek anty AI. Publikacja powstała w tydzień jako jeden ciąg myślowy, łącznie ze znalezieniem wszystkich materiałów i zrobieniem projektu graficznego.

Filip Kozarski, Off Grid, DIY Notatki z 31B, Gid Zin #2 special edition, fot. Rafał Mroziński

BŚ: Nie mogło być inaczej, skoro twoja pracownia nosi nazwę, która sama w sobie jest manifestem: I Prefer Analog. Tymczasem fizyczna przestrzeń, ta analogowa, nie jest już jedyną, w której „dzieje się” miasto. W tym numerze NN6T zastanawiamy się nad technologiami, które coraz silniej wpływają na zachowania mieszkańców miast. Interesujesz się architekturą tymczasową, interwencjami w przestrzeni publicznej – tego dotyczą twoje projekty wystaw poświęconych obrzeżom, czyli temu co nieformalne, opierające się uporządkowaniu, jak graffiti czy alternatywna sztuka miejska, czy nieproduktywne spędzanie czasu. Przez zastosowanie elektronicznego nadzoru miejsce dla tej nieformalnej strefy kurczy się.

FK: Jeszcze zanim w ogóle usłyszałem o AI, nadzór za pomocą zwykłych kamer CCTV wydawał mi się zbyt daleko posunięty. Teraz, jak mówisz, jest nam to właściwie wszędzie narzucane, a my nie wiemy, co się z tymi danymi dzieje ani kto nimi zarządza. Wiemy oczywiście, że częściowo robią to korporacje odpowiedzialne również za media społecznościowe. Zdążyliśmy się już mniej więcej przekonać, ile złego potrafią one wyrządzić, a mimo to oddajemy tym samym firmom coraz większą kontrolę. Właściwie nie wiadomo nawet, co dokładnie oddajemy, bo trudno powiedzieć, dokąd to wszystko trafia i w jaki sposób będzie wykorzystywane. To jasne, że jest to bardzo niepokojące.

BŚ: Gdzie są więc te przestrzenie, w których nadal istnieje wolność?

FK: O nich jest właśnie wystawa Obrzeża (czytaj więcej w Orientuj się). Tak naprawdę wszystko zaczęło się od zastanowienia się nad graffiti. Nielegalne malowanie, zawsze wiązało się z próbą wymknięcia się kontroli i znalezienia w mieście miejsc, które jej nie podlegają. Już jako architekt zainteresowany miastem i urbanistyką, doszedłem do wniosku, że przestrzenie, w których jest trochę mniej nadzoru, są potrzebne nie tylko osobom malującym graffiti, lecz nam wszystkim. Stąd moje zainteresowanie obrzeżami – pustostanami, ogródkami działkowymi czy różnego rodzaju nieużytkami. Widzę, że to właśnie tam dzieją się ciekawe rzeczy. Wolność to może wielkie słowo, ale w takich miejscach można rzeczywiście poczuć się swobodniej, mniej skrępowanym. Ludzie mogą tam po prostu przebywać bez poczucia, że są nieustannie obserwowani, że żyją w panoptykonie. Nie muszą też poddawać się samokontroli, ograniczać się.

Filip Kozarski, „Obrzeża 2. Szara strefa urbanistyki”, fot. Rafał Kołsut

Ja sam czuję się źle, kiedy widzę wokół siebie mnóstwo kamer. Nie czuję się wtedy bezpieczniej, tylko przeciwnie – zaczynam odczuwać zagrożenie. Nie dlatego, że chciałbym coś zniszczyć, lecz dlatego, że niepokoi mnie świadomość, że ktoś cały czas na mnie patrzy, a ja nie wiem, co robi z zebranymi informacjami. Te obawy nie biorą się znikąd. Co jakiś czas wychodzą na jaw kolejne historie – była na przykład afera związana z okularami Google, a teraz z tymi, które wypuściła Meta, które zbierały dane o ludziach nawet w sytuacjach intymnych, a oni nie mieli o tym pojęcia. Obecnie są duże nadużycia w USA związane z kamerami Flock. Takich przypadków jest mnóstwo i właściwie nikt nad tym nie panuje.

BŚ: Twoje refleksje dotyczące szarej strefy urbanistyki i nieformalności mają charakter programowy. Czy mogłyby stać się podstawą tworzenia przestrzeni opartych nie tylko na ponownym wykorzystaniu materiałów, własnej pracy i analogowości, lecz także na wolności od technologicznego nadzoru?

FK: Tak, widzę potrzebę powrotu do większej analogowości, większej bliskości między ludźmi i samego przebywania razem w przestrzeni. Ostatnio bardzo wyraźnie zobaczyłem to na Bałkanach, w Skopje. Wieczorem wychodziliśmy na miasto, a tam pełne podwórka, dzieciaki biegają, bawią się, grają w piłkę. Takie życie, jakie pamiętam jeszcze z lat dziewięćdziesiątych czy może dwutysięcznych. Tam nadal to wszystko tak wygląda i dla mnie było to wspaniałe. Widać dużo mniej nadzoru, a dużo więcej zwyczajnej swobody, życia na ulicy, bez telefonów, naturalnie.

Filip Kozarski, „Obrzeża 2. Szara strefa urbanistyki”, fot. Rafał Kołsut

BŚ: Jak to się przekłada na twoje projekty?

FK: Na wystawie Obrzeża pokazuję propozycje działań w przestrzeniach potencjalnych, np wykorzystania pustostanów czy użyć tymczasowych. Trochę jest to utopijne i szkicowe, bo nie rozwiązuję tam wszystkich problemów, np własnościowych czy prawnych, a jedynie pokazuję pewnie drogi – chcę poruszyć wyobraźnie.

U nas jest kilka dobrze znanych pustostanów, a jeden z nich zna chyba cała Polska – dawne sanatorium „Zdrowie” w Orłowie. Teraz znowu jest o nim głośno w mediach, ponieważ budynek ma jednak zostać wyburzony, mówi się, że jest niebezpieczny. Tymczasem od lat funkcjonuje jako przestrzeń, do której bardzo chętnie przychodzą ludzie. Oczywiście pije się tam piwo i dzieją się inne rzeczy, które nie wszystkim muszą się podobać, ale przez te wszystkie lata nic szczególnie złego się tam nie wydarzyło.

Dawny Dom Profilaktyczno-Wypoczynkowy „Zdrowie”, wcześniej Dom Wczasowo-Leczniczy Związku Zawodowego Pracowników Gospodarki Komunalnej i Przemysłu Terenowego, Gdynia Orłowo, fot. Bart Corke, źródło: commons.wikimedia.org

Latem przychodzi tam mnóstwo osób, ludzie siedzą i patrzą na morze, bo budynek znajduje się tuż nad nim. Mam wrażenie, może niepoparte żadnymi statystykami, ale na pewno doświadczeniami, że obecnie ta przestrzeń jest wykorzystywana lepiej i przez większą liczbę ludzi, niż będzie wtedy, gdy powstanie tam zapewne luksusowy hotel. Możemy nawet założyć, że zostanie ładnie zaprojektowany, ale nadal będzie hotelem, a standardy takich obiektów są dziś wszędzie bardzo podobne. W środku będzie zwykły pokój hotelowy, z pięknym widokiem na morze. Tyle, że ten sam widok, obok klifu orłowskiego, jest teraz dostępny dla wszystkich, za darmo.

Wyobrażam sobie, że można byłoby zrobić tam coś w małej skali i za pomocą prostych środków. Właściwie zostawić to, co jest i przekształcić teren w rodzaj parku: uprzątnąć szkło, odtworzyć barierki wycięte przez złomiarzy, ale zachować półdziki charakter miejsca – przyrodę przebijającą się przez budynek, graffiti i piękny widok. Powstałby dostępny dla wszystkich park, inny niż pozostałe, łączący różne historie. To jeden z przykładów pokazujących, jak tego rodzaju przestrzenie mogłyby być wykorzystywane.

BŚ: A gdybyśmy wyobrazili sobie kolejne tomy twojej publikacji, zawierające praktyczne wskazówki, jak wykorzystywać cechy szarej strefy urbanistyki do projektowania miejsc, które zachowują autonomię i umożliwiają analogowy sposób bycia, to jak byś je opisał? Czy coś, co z definicji powstaje nieformalnie i wymyka się kontroli, można w ogóle przełożyć na zalecenia projektowe?

FK: To jest ciężkie. Szczerze mówiąc, nie wiem, jak przełożyć to na realia prawne ani jak takie rozwiązanie mogłoby zostać wprowadzone. Chyba najbardziej realistyczną strategią, jaką miasto czy inne władze mogłyby przyjąć, jest coś, co nazywam strategią przymykania oka. Każda próba uregulowania takich miejsc sprawia bowiem, że tracą swoją autentyczność. Jeżeli zaczniemy je zbyt dokładnie regulować i projektować, przestaną być tym, czym były, i prawdopodobnie nie będą już działały w ten sam sposób.

Powinny funkcjonować trochę tak jak ogródki działkowe, gdzie ludzie po prostu robią swoje. Oczywiście każdy ma tam własne poletko, więc nie jest to przykład idealny, ale mimo wszystko pozostaje sporo miejsca na indywidualne działanie nieprzeszkadzające innym. Kiedy zaczynamy takie przestrzenie nadmiernie regulować, tracą dużą część swojej autentyczności. To naprawdę trudne pytanie: jak stworzyć warunki dla ich istnienia, a jednocześnie nie zniszczyć tego, co czyni je wartościowymi.

Filip Kozarski, „Obrzeża 2. Szara strefa urbanistyki”, fot. Rafał Kołsut

BŚ: Szara strefa urbanistyki jest pojemna w rozmaite strategie, które mogłyby być używane do ochrony analogowego miasta. Proponujesz zdefiniować ją przez chmarę słów, które zaczynają się od „nie”. Dlaczego to „nie” jest tu takie ważne?

FK: Wzięło się to od podstawowego słowa, czyli nieformalności, która jest tu kluczowa. Określenie „szara strefa urbanistyki” zostało mi chyba jeszcze z doktoratu, który kiedyś zacząłem robić, ale nigdy go nie skończyłem. Ostatnio pomyślałem, że może łatwiejszym i bardziej strawnym określeniem byłaby po prostu „szara strefa miasta”, bo urbanistykę ludzie rozumieją w dość konkretny sposób. Nie chodzi mi wyłącznie o budynki, lecz także o różne działania ludzi i takie zjawiska jak graffiti, miejsca, w których jeżdżą skejci czy przestrzenie nieformalnych spotkań. Została jednak ta urbanistyka, bo kiedyś myślałem o szarej strefie właśnie w ten sposób: nieformalność bardzo trudno jest uzyskać oficjalnie, dlatego trzeba ją wytwarzać, w pewnym sensie hakując przestrzeń.

Tak się złożyło, że pracowałem wtedy przy kilku festiwalach. Najważniejszy był chyba festiwal Artloop w Sopocie, który organizowaliśmy przez parę lat. Byłem kuratorem jednej z jego części, odbywającej się zawsze na placu Przyjaciół Sopotu. Miałem wówczas pomysł, żeby poprzez działania kulturalne tworzyć przestrzeń urbanistyczną. Myślałem, że za pomocą festiwalu mogę pewne rzeczy przetestować, a może nawet coś trwale zmienić. Problem z festiwalami polegał jednak na tym, że były tymczasowe, a później wszystkie stworzone na ich potrzeby rzeczy – mówiąc w skrócie – trafiały na śmietnik. To był dla mnie jeden z największych problemów. Przeprowadziłem jednak w ten sposób pewnego rodzaju badanie tego placu i stąd wzięły się moje pomysły dotyczące urbanistyki.

Filip Kozarski, Relaks i rekreacja, festiwal Artloop, Sopot 2014, fot. www.ipreferanalog.pl/relaks-i-rekreacja/

BŚ: Ale co z tym „nie”?

FK: Kiedy zacząłem opisywać szarą strefę miasta różnymi przymiotnikami, okazało się, że większość z nich zaczyna się właśnie od „nie”: nieładne, nieprofesjonalnie wykonane, nielegalne, nietrwałe. Zauważyłem, że większość tych określeń jest pozornie negatywna, podczas gdy ja uważam je za pozytywne cechy takiej przestrzeni. Właśnie w ten sposób opisywana jest przecież nieformalność.

Później już specjalnie, z premedytacją, zacząłem opisywać tę strefę wyłącznie słowami zaczynającymi się od „nie”. Powiedzmy, że połowa z nich ma bardziej negatywne znaczenie, a druga połowa jest tak naprawdę pozytywna – jak „niezależne” czy „nieoczywiste”, które są dla mnie czytelnymi zaletami. Mówiąc o rzeczach niedokończonych, chodzi mi o przełożenie tego w projektach na miejsca otwarte, łatwe do adaptacji, pozwalające na zmiany. Mówiąc o nieładnych, próbuję przełożyć to na elementy, które będą swojskie, praktyczne, a nie tylko estetyczne. Myśląc np. o elementach nieprofesjonalnych, szukam pomysłów wśród np. praktycznych rozwiązań, które stosują działkowicze, aby usprawnić sobie prace.

Jakoś więc tak wyszło, że jest to „nie”, które oznacza „tak”.

BŚ: Narzędzia, które proponujesz są nie tylko ideowe. Starasz się być konkretny w tych swoich propozycjach. Co tu jest najtrudniejsze?

FK: Wśród narzędzi projektowych, które opisałem, są oczywiście rzeczy, których moglibyśmy się spodziewać, na przykład odniesienia do skali. Przede wszystkim jednak wymieniam umiejętności, których nie uczy się na wydziałach architektury: ironię, żart, popełnianie błędów, próbowanie, ciekawość, uważność i intuicję. Przyznam, że strona poświęcona narzędziom projektowym została bezpośrednio przedrukowana z pierwszej wystawy Obrzeża, która odbyła się trzy lata temu. Wtedy po raz pierwszy zacząłem to sobie porządkować, wszystko robiłem bardzo bezpośrednio. Pisałem te opisy z głowy, bez poprawiania, dlatego jest w nich sporo błędów. Pisałem je na maszynie, więc czasami zjadłem jakąś literę, czasami źle ustawiłem spację. Właśnie to mi się później spodobało, bo nadało całości naturalny charakter.

Filip Kozarski, Off Grid, DIY Notatki z 31B, Gid Zin #2 special edition, fot. Rafał Mroziński

Teraz chciałbym przygotować następną publikację i jeszcze raz uporządkować te narzędzia. Doszły mi też kolejne, bardziej konkretne, które można już przełożyć na praktykę. Jednym z nich jest projektowanie otwartych zakończeń i luźnych scenariuszy. Jestem przeciwnikiem – to może znowu mocne słowo – takiego sposobu myślenia, którego prawdopodobnie uczymy się na studiach i który wydaje się czymś naturalnym w projektowaniu: że wszystko trzeba zaprojektować, a projekt powinien być skończony i zamknięty. Później użytkownik boi się przestawić krzesło w inne miejsce, czy dodać coś na ścianę, bo burzy kompozycję.

BŚ: Jak więc zdjąć ten paraliż z projektantów i nakłaniać do otwartych zakończeń?

FK: Jeżeli przestrzeń miejska ma pozostać nieformalna, trzeba nauczyć się projektować inaczej, a to jest bardzo trudne. Te narzędzia wypisałem sobie, obserwując przede wszystkim ogródki działkowe, ale później dochodziły do nich kolejne rzeczy. Strategia przymykania oka, o której mówiłem, jest narzędziem dla miasta czy władz, niekoniecznie dla projektanta. Sam projektant może natomiast pozostawić trochę miejsca na nieporządek.

Ostatnio czytałem o tym u Richarda Sennetta. Boję się dokładnie cytować, bo mam średnią pamięć, ale napisał w książce The Uses of Disorder o znaczeniu nieporządku w mieście i tłumaczył, dlaczego jest potrzebny. Mnie też się wydaje, że pewien niepokój i odrobina nieporządku są dobre, bo w jakiś sposób kształtują nasz charakter, otwierają nas na różnorodność, uczą radzenia sobie z konfliktami. Nie bałbym się więc tego aż tak bardzo. Często słyszę, że te wszystkie obrzeża, które mnie interesują, są niebezpieczne. Jako główny, pozornie logiczny argument przeciwko nieformalności przywołuje się teorię rozbitej szyby.

Filip Kozarski, „Obrzeża 2. Szara strefa urbanistyki”, fot. Rafał Kołsut

BŚ: To często przywoływany argument. Jaką masz na niego odpowiedź?

FK: Taką, że teoria rozbitej szyby właściwie nie jest żadną teorią. Zaczęło się od tekstu, w którym jego autorzy przedstawili swoje stanowisko. Zostało ono bardzo mocno podchwycone w Nowym Jorku i zbudowano na nim całą politykę miejską. Później obalono te założenia na podstawie dwóch dużych badań i wykazano, że zależność nie jest aż tak prosta i bezpośrednia. To nie działa w ten sposób, że jeśli wybijemy jedną szybę, zaraz zostanie wybita następna, później przyjdą bandyci, zaczną nas bić, a na końcu ktoś kogoś zabije. Jak się okazuje, jedno nie przekłada się tak automatycznie na drugie.

Mogę to też w pewnym sensie potwierdzić własnym doświadczeniem. Przez wszystkie lata chodzenia po obrzeżach, pustostanach i różnych krzakach, zarówno w dzień, jak i w nocy, nie zauważyłem, żeby rzeczywiście było tam aż tak niebezpiecznie. Ta opowieść po prostu nie zgadza mi się z tym, co widzę. Oczywiście na pierwszy rzut oka można się przestraszyć, kiedy wchodzi się do pustostanu, widzi graffiti i potłuczone butelki. Okazuje się jednak, że sam taki wygląd przestrzeni wcale nie oznacza, że jest ona niebezpieczna.

BŚ: Jakie masz na to argumenty?

FK: Graffiti od lat funkcjonuje w mediach i filmach jako taki skrót wizualny. Pisze o tym Rafael Schacter. Bohater wchodzi do ciemnej uliczki, na ścianach widać graffiti i od razu wiadomo, że znalazł się w niebezpiecznym miejscu. Wydaje mi się, że ten sposób myślenia wciąż pokutuje w ogólnej świadomości. Tymczasem tagi czy rozbijanie szyb często nie ma nic wspólnego z rzeczywistym zagrożeniem dla innych osób. Przygotowałem nawet na tę wystawę pracę na ten temat.

Rozpatruję takie działanie trochę w kategoriach ciekawości, pewnego rodzaju eksperymentu fizycznego. Bo ten moment, w którym kamień albo cegła uderza w szybę, szkło pęka, a potem z lekkim opóźnieniem opada, wydając różne dźwięki, jest – użyję tego słowa – przyjemny. Jest w tym coś fascynującego. Nie oznacza to jednak, że jeżeli wybiję szybę, zaraz będę chciał pobić albo okraść kogoś, kto się tam pojawi. Nie spotkałem się z takim bezpośrednim przełożeniem. Wydaje mi się, że często bardziej niebezpiecznie może być w centrum miasta niż w pustostanie.

Filip Kozarski, „Obrzeża 2. Szara strefa urbanistyki”, fot. Rafał Kołsut

BŚ: Potrzeba porządkowania i zapewniania bezpieczeństwa pojawia się w niemal każdym uzasadnieniu stosowania systemów, które obserwują, monitorują i na bieżąco przekazują informacje o tym, co dzieje się w mieście. Takie rozwiązania pozwalają centrom bezpieczeństwa szybko reagować, a w sytuacji rzeczywistego zagrożenia konfliktem zbrojnym – a to jest dziś nasza rzeczywistość – trudno formułować niepodważalne argumenty za pozostawianiem miejsc słabiej kontrolowanych albo całkowicie wolnych od nadzoru. Chciałabym jednak zakończyć innym wątkiem: twoje zaangażowanie wynika z tego, że nie tylko projektujesz przestrzeń, lecz także żyjesz razem z nią, co wymaga relacji nie tylko intelektualnej, ale przede wszystkim fizycznej. Masz pracownię w Grid Arthubie, więc na bieżąco obserwujesz, jak to miejsce się zmienia, pracuje i podlega naciskom wywieranym przez pojawiających się w nim ludzi. Jak sobie układasz ten intensywny związek z przestrzenią i czy taki model projektowania można w ogóle zastosować na większą skalę?

FK: Chciałbym, żeby było to możliwe, ale kiedy obserwuję przestrzeń stoczniową i sposób, w jaki się zmienia, wydaje mi się to bardzo trudne. Nawet działania z pozoru pozytywne albo nieznaczne – takie jak czyszczenie elewacji ceglanych budynków – stopniowo niszczą jej nieformalność. Wydaje się, że w ten sposób dbamy o budynek i robimy coś dobrego, ale ja uważam, że te elewacje powinny pozostać brudne. Tak właśnie, krok po kroku, nieformalność znika. Przełożenie takiego sposobu myślenia na dużą skalę wydaje mi się więc raczej nierealne.

Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żeby te miejsca zachowały swój charakter. Mówiłem już o Bałkanach, gdzie wciąż w dużej mierze tak to wygląda. Jednocześnie pojawia się tam coraz więcej lokali podobnych do tych, które mamy wszędzie: ładnych, hipsterskich knajpek, itp. Na razie proporcje są jeszcze ciekawe, ale rozumiem też, że ludzie chcą mieć takie miejsca. Na początku powstaje jedna ładna knajpka, co wydaje się czymś pozytywnym, a później nagle okazuje się, że tych prawdziwych miejsc już nie ma. Nie wiem, czy da się temu zapobiec. Gentryfikacja to trudny temat. Trzeba by wymyślić nowy system, w którym pieniądz nie jest na pierwszym miejscu.

Filip Kozarski, „Obrzeża 2. Szara strefa urbanistyki”, fot. Rafał Kołsut

BŚ: Może to jest jednak bardzo związane z lokalnością, z małą skalą i po prostu wymaga gospodarza, kogoś, kto będzie dbał o taką przestrzeń? Macie przestrzeń na terenie dawnej stoczni, tam możecie pokazywać, że można inaczej, że są przestrzenie, w których działa inna logika.

FK: Tylko właśnie na czym miałoby polegać dbanie o taką przestrzeń? Jak być jej gospodarzem i jednocześnie powiedzieć, że rozbicie jednej butelki jest jeszcze ok, ale uderzenie kogoś tą butelką w głowę – już nie? Ja widzę to tak, że odrobina bałaganu i nieporządku nie oznacza od razu, że dzieje się coś strasznego. Jeżeli gdzieś leży jedna rozbita butelka, nie musi to jeszcze świadczyć o niebezpieczeństwie. To na pewno nie jest popularne spojrzenie, ale jak wytłumaczyć ludziom, że nie tylko nic złego się tam nie dzieje, lecz może właśnie ten nieporządek ma pewną wartość?

Wydaje mi się, że ludzie przychodzą na stocznię właśnie dlatego, że podoba im się jej nieformalna atmosfera.  Sadzę też, że nie są świadomi, z czego ona wynika. Że składają się na to brudne elewacje, dziurawe chodniki, stare napisy czy prowizoryczne rozwiązania. Obawiam się też, że jeżeli tych samych ludzi zapytać, czy wolą krzywy chodnik czy prosty, to wybiorą prosty, a później będą żałować, że to już inne miejsce i nie ma tej atmosfery. Im więcej powstaje nowych budynków i im więcej pojawia się logotypów międzynarodowych firm, im mniej lokalnych spotów, nawarstwień i dziwactw, tym coraz bardziej spłaszczona, nudna i bez wyrazu staje się przestrzeń. W większej skali bardzo trudno nad tym zapanować.

BŚ: No i co z tym zrobić?

FK: Trzeba zacząć się zastanawiać jak by mógł wyglądać zupełnie nowy, inny system. Nie kapitalizm, na pewno nie technokracja ani technofeudalizm… Potrzeba nam filozofów, etyków, utopii, wizji, magii, bo w tej chwili nie potrafimy wyobrazić sobie czegoś innego niż obecny stan, w którym tkwimy po uszy. Trzeba uruchomić wyobraźnię!

 

Filip Kozarski (1979) – architekt, związany z galerią Layup. Prowadzi autorską praktykę projektową I Prefer Analog. Zajmuje się przestrzenią publiczną, architekturą, wnętrzami, grafiką, czyli – miastem. Szczególnie zainteresowany szarą strefą urbanistyki – nieformalnymi sposobami tworzenia i używania przestrzeni miejskich oraz realizacjami z obszaru kultury – projektami kuratorskimi, interwencjami przestrzennymi, architekturą tymczasową, krytyczną i społecznie zaangażowaną. ipreferanalog.pl

 

Rozmowa ukazała się jako część #168 NN6T, temat numeru: Prawo do cyfrowego miasta, https://nn6t.pl/2026/06/30/nn6t-168-lipiec-wrzesien-2026/