Tarot na prawo do (cyfrowego) miasta

Zastanawiam się, o co tu właściwie chodzi – o habitualne obywatelstwo, poczucie, że się przynależy? Zagwarantowaną możliwość korzystania z infrastruktury, od aplikacji rządowych po tokeny AI? A może o równą i powszechną partycypację z zapierającymi dech perspektywami na horyzoncie, która mnie ukształtowała, zanim państwa nie zaczęły zamykać internetu, a platformy społecznościowe nie znalazły sposobu na monetyzację każdego ruchu użytkujących? – pyta Agata Czarnacka.

Czym różni się globalna wioska od cyfrowego miasta? Mam wrażenie, że głównie tym, że trzeba się martwić, czy cię nie wykluczą i czy, jak w prawdziwym mieście, nie wyleją ci pomyj (lub gorzej) na głowę.

Kiedy wchodziłam w dorosłość, przejmowaliśmy się pluskwą milenijną i marzyliśmy o globalnej wiosce. Pluskwa milenijna nie była zwykłym wirusem – nie było jasne, czy dwucyfrowy format daty rocznej, obecny w większości systemów operacyjnych, nie zinterpretuje podwójnego zera w roku 2000 jako sygnału do ogólnego resetu wszystkiego. Globalna wioska to było marzenie o komunikacji równych sobie jak z sąsiadką, tylko że na antypodach. Marzenie to wspierały takie technologie jak IRC (ang. Internet Relayed Chat), Napster (wymiana plików dźwiękowych P2P), Netscape (wyszukiwarka, zanim Google stało się modne) czy grupy dyskusyjne (wyobraź sobie, że wysyłasz maila do wszystkich zainteresowanych tematem, a ich odpowiedzi i komentarze też trafiają do wszystkich! Co za radość siedzieć nad mailami do drugiej nad ranem!).

Bart Custers, profesor prawa cyfrowego na Uniwersytecie w Lejdzie, w 2022 roku zwracał uwagę, że rysują się przed nami trzy kategorie problemów w „cyfrowym mieście”: pogwałcenia naszych praw wynikające z używania nowych technologii, konflikty uprawnień w polu nowych technologii i nowe sprawy, których obecne prawo jeszcze nie przewiduje.

Paź Monet, który wylądował na pozycji opisującej obecny stan rzeczy, przypomina, że dopiero się uczymy, czym tak naprawdę jest cyfrowe miasto i jakie stawia przed nami wyzwania, na które będzie odpowiadać „prawo do cyfrowego miasta” – jak jednocześnie walczyć o powszechny dostęp do internetu i o prawo do bycia offline? Jak sobie poradzić z brzemieniem nieskrępowanego dostępu do wiedzy i informacji (jakie to na nas nakłada niesamowite obowiązki!), i to w kontekście faktu, że wiedza ta jest często niepewna? Czy prawo do bycia zapomnianym jest fair w stosunku do tych, którzy chcą pamiętać? Jak sobie poradzić z ideałem wolności słowa, który ostatnimi czasy przeciska się przez każdą szczelinę i syczy wężowym językiem hejtu? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi! A przede wszystkim tak mało w nas gotowości, by rozstrzygnięcia powierzyć komu innemu.

Co dalej? Gdzie się zwrócić? Tarot podrzuca nam tu Króla Monet, inwestora, co wprowadza kolejne conundrum: kto właściwie jest inwestorem w cyfrowym mieście? Big techy? Rządy? Czy użytkownicy, dzięki którym to wszystko się kręci? Odruchowo powiemy, że wielkie firmy technologiczne, ale może właśnie odwrócenie tego punktu widzenia jest nam niezbędne, żeby pójść dalej? Jasne jest już dzisiaj, że posthistoryczna architektura państw narodowych w mniej lub bardziej luźnych koalicjach nie dźwignęła ciężaru globalnej wioski i ma niewielkie szanse stanąć na straży prawa do cyfrowego miasta – jeśli go chcemy, musimy na serio zastanowić się nad instytucją inwestora i być może przebudować światowy ład.

Cesarzowa, wielkie arkanum szczodrości i generatywności, podsuwa kierunek. Nie, nie chodzi o generatywną AI, przynajmniej nie taką, jaką znamy. Chodzi raczej o feministyczne podejście z perspektywy obfitości i gościnności, budowę cyfrowego miasta, do którego prawo nie będzie dla nas oznaczało wykluczeń i różnicowania dostępu wszystkim nie-nam.

Agata Czarnacka – filozofka, aktywistka feministyczna, tarocistka. Agata zaprasza na czytania indywidualne (także online) lub na „Pałacową promocję” w Café Kulturalna w Warszawie, którą urządza z okazji lub bez okazji (daty do sprawdzenia w mediach społecznościowych): fb.com/tarotagaty  instagram.com/tarot_agaty