Najbardziej oddalony od matcha latte punkt na mapie

Jak każdy szanujący się pseudointelektualista, za każdym razem, kiedy czytam cokolwiek, co zawiera w sobie słowo „dane”, mimowolnie przypominam sobie cytat Jeana Baudrillarda o tym, że „żyjemy w świecie, w którym informacji staje się coraz więcej, a sensu coraz mniej” – pisze Sasza Pohorelov.

Począwszy od 2016 roku nigeryjsko-amerykańska artystka i antropolożka Mimi Ọnụọha pracuje nad projektem The Library of Missing Datasets, czyli nad Biblioteką brakujących zbiorów danych. Prace odnoszące się do Biblioteki… były stopniowo prezentowane przez ostatnią dekadę jako komoda wypełniona pustymi folderami z nazwami zbiorów danych, które – z różnych, często nieznanych powodów – nie zostały zbadane lub przynajmniej nie są dostępne publicznie. Autorka motywuje swój projekt potrzebą zilustrowania szarych stref, gdzie logiczne i konieczne byłoby posiadanie informacji, których mimo wszystko nie ma. Lwia część przykładów przytoczonych przez Mimi odnosi się do systematycznych wykluczeń osób ze społeczności marginalizowanych lub do wewnętrznych i zewnętrznych działań amerykańskiego rządu.

Jednym ze światowych przykładów, który pozostał mi w pamięci, jest przedstawienie braku danych na Mapach Google’a na temat fawel istniejących w różnych zakątkach świata. Na same w sobie braki danych można patrzeć z różnych stron (w tym szczególnie z perspektywy społeczności zapomnianych i zaniedbanych przez rząd, który zbierałby te dane), ale pomijając interpretacje tych przypadków, projekt Mimi Ọnụọhy zainspirował mnie w 2019 roku do rozpoczęcia własnych poszukiwań.

Nie wiem jak dla was, ale dla mnie zjawiskiem, o którym dowiaduję się coraz więcej i więcej, a znajduję w nim coraz mniej sensu, jest życie w mieście stołecznym Warszawa. W mieście, które naprawdę kocham, ale które pod pewnymi względami zamienia się w park rozrywki, co prowadzi do tego, że prędzej czy później nabawiasz się choroby lokomocyjnej.

Siedem lat temu, czyli wtedy, kiedy zaczęła się moja przygoda ze stolicą, założyłem coś, co stanowi moją największą informacyjną dumę – czyli kawową mapę Warszawy. Wszystko zaczęło się od planowania mojej pierwszej wycieczki do miasta. Chciałem wtedy znaleźć miejsca, które pokazałyby mi, jak żyją warszawscy hipsterzy – grupa, do której najwyraźniej bardzo chciałem się wówczas zaliczać. Stopniowo, już po przeprowadzce, mapa zapełniała się kolejnymi miejscami wraz z odkrywaniem przeze mnie okolic miasta dalszych niż dworzec i moja 14-metrowa mikrokawalerka przy lotnisku. Później też odkryłem, że jeśli zmęczę się pracą w swoim „lofcie”, to za cenę – wtedy jeszcze – 12 złotych mogę kupić tanią kawę i dalej klikać w komputer, ale w nieco większym pomieszczeniu w otoczeniu innych osób z naklejkami na laptopach.

Od 2019 r. mapa zamieniła się w rzecz, która uratowała dziesiątki moich znajomych od pytania „gdzie pójść na randkę”, o której kiedyś nagrałem półwiralowego TikToka, i – co zaskakujące – w coś, z czego przestałem aktywnie korzystać, ale czego nie przestałem aktualizować.

Jeśli Mimi dokumentowała brak danych, to coffee warszawa, która w momencie pisania tekstu liczy 299 miejsc, stanowi raczej archiwizację konsumpcyjnego kofeinowego absurdu, w którym się znajdujemy. Wielu widziało mapę z lokalizacjami znanego zielonego sklepu spożywczego, ale okazało się, że miejsc, w których można dostać znany zielony napój, też jest dużo. Przesadnie dużo.

Często brak mówi więcej niż obecność, dlatego wydaje mi się, że najlepszą metodą uświadomienia sobie ilości matcha latte na mieście jest znalezienie punktu, w którym go akurat nie ma. Po pierwotnej analizie danych z Map Google’a postanowiłem znaleźć geograficzny punkt na Śródmieściu, który jest najdalej położony od jakiejkolwiek kawiarni. Ale zanim przedstawię wyniki swojej analizy, powinienem wyklarować strukturę mapy. Wyróżniam cztery główne kryteria trafienia na kawową listę: a) lokalizacja na terenie Warszawy; b) niebycie korpopodobną sieciówką; c) podpadanie (czasami z przymrużeniem oka) pod parasol tzw. kawiarni speciality; d) serwowanie matchy. Bycie „dobrą kawiarnią” nie znajduje się na liście wymagań. To w końcu archiwum, a nie lista ukrytych lokalnych perełek, chociaż owe na pewno się tam znajdą.

Pierwszym krokiem w mojej analizie było przygotowanie danych: stworzyłem tabelę, w której spisałem wszystkie oznaczone przeze mnie kawiarnie, zaznaczyłem, w jakiej dzielnicy się znajdują, używając kodów pocztowych, i odfiltrowałem te, które znajdują się w Śródmieściu. Niestety okazało się, że Google nie dodał możliwości rysowania map okręgów, dlatego ręcznie przeniosłem lokalizacje kawiarni na zewnętrzną stronę, gdzie taka opcja była dostępna. Zaznaczywszy 100 miejsc (na mapie znalazły się 104, ale niestety maksymalną liczbą pinezek na wybranym portalu było 100), udało mi się znaleźć 10 relatywnie większych okręgów, w których nie znajdowała się ani jedna kawiarnia. Po obliczeniu promienia tych antymatchowych kół odkryłem poszukiwane miejsce: 52.217562, 21.042365. Promień największej strefy wolnej od matcha latte wyniósł 600,1 metra.

Róbcie z tą informacją, co chcecie – chociaż jest szansa, że od momentu napisania tego tekstu ktoś już wpadł na nową matcharnię przy ul. Kawalerii.

Sasza Pohorelov – twórca internetowy, autor treści wszelakich o różnym stopniu powagi. Pełnił funkcję redaktora zarządzającego magazynu „DUMA”. Obecnie prowadzi konto memowe @pysznestopy.pl