Na bieżąco

rozmowa z artystką Karoliną Szwed
Karolina Szwed, „Painter at the optometrist", fot. Bartek Zalewski

Malarka Karolina Szwed mieszka i pracuje w Warszawie, choć pochodzi z Bielska-Białej, a ASP kończyła w Katowicach. Jej obrazy powstają z połączenia eksperymentowania i intuicji. Interesują ją szybkie notatki, przelotne ślady i zapamiętane ruchy ręki. Zamiast podążać za z góry określoną metodą, traktuje malarstwo jako proces prób i błędów, gdzie instynkt, tempo pracy, przypadek i krytyczna refleksja działają razem. Cały proces przypomina grę losowo-zręcznościową.

Zuzanna Michalczyk: Czy jest jakaś okoliczność, doświadczenie, które najbardziej zbliżyło cię do malarstwa? A może od zawsze miałaś przymus wewnętrzny do komunikowania się ze światem w ten sposób?

Karolina Szwed: Wydaje mi się, że przymus komunikowania się ze światem istnieje zawsze – o ile ktoś nie mieszka z własnej woli pod kamieniem – a znalezienie formy wydarza się po części przez przypadek. Można też się zastanowić nad tym, co to jest predyspozycja – dlaczego niektóre rzeczy są instynktownie łatwiejsze, a inne trudniejsze. Wybierałam sobie zawsze rzeczy, które wydawały mi się najbliższe, dlatego jako dziecko byłam przekonana, że będę zajmować się muzyką, to po prostu było coś znanego z domu. Przez to, że nie uczyłam się muzyki technicznie na poważnie, nie znałam terminów i teorii, nie potrafiłam niczego na szybko zanotować ani zaznaczyć, wszystko przestawało działać, kiedy chciałam zrobić coś swojego. Ale lubiłam rysować. Do tego nie była mi potrzebna żadna specjalna technika, rysunek jest dla mnie zrozumiały, nawet jeśli jest niepoprawnie skonstruowany w klasycznym rozumieniu rzemieślniczym. Nikomu nie przeszkadza, że nie można narysować drugi raz takiego samego. A dla mnie, szczególnie ostatnio, interesujące jest to, co wymyśla się na bieżąco. Uważam, że takie działania są nawet trudniejsze, kiedy ma się już zestaw umiejętności technicznych i praktykę. Malarstwo też jest pozornie łatwe. Szczególnie jeśli chodzi o próg wstępu i to, jak się uczy młode osoby – pewnie dlatego jest teraz bardzo dużo złych malarzy.

ZM: Co uważasz za najtrudniejsze w procesie twórczym?

KS: U mnie to zależy od humoru. Próbuję rozwiązywać problemy, działając w skali, w której umiem sobie poradzić. Często trudno mi zaakceptować, że coś łatwo poszło, albo cieszyć się z małych efektów. Wiadomo, że kiedy uczysz się nowych rzeczy, na początku robisz największe postępy, a potem idzie powoli. To często dzieje się przy malowaniu drugiego lub trzeciego obrazu, kiedy używasz podobnej metody. Za pierwszym razem mam wrażenie, że coś odkrywam. A później, pomimo że prace różnią się od siebie, korzystanie ze znajomych rozwiązań odbiera mi tę część procesu, która w mojej głowie wiąże się z oceną, czy postarałam się wystarczająco. Jeśli coś uznajesz za nowatorskie w malarstwie, to zawsze jest to prywatne odczucie i pojawia się ono tym rzadziej, im głębiej się w tym siedzi.

Karolina Szwed, 2025-08-30, fot. Adam Gut

ZM: Czego nie chcesz słyszeć o swojej sztuce? 

KS: Największa głupota może być przynajmniej śmieszna i myślę, że długodystansowo muszę się przyzwyczajać do różnych komunikatów. Chciałabym wierzyć, że im dalej w las, tym mądrzejsi będą ludzie, dyskusje i tak dalej, ale to chyba nie jest realistyczne i na pewno nie jest linearne. Mojej mamie często się myliło i mówiła „rysunek” na obraz czy „narysować” zamiast „malować”, ale teraz myślę, że to wcale nie jest takie straszne. Teraz nawet uznaję to za ciekawe. Na pewno nie chciałabym słyszeć, że w mojej pracy jest coś, czego tam nie ma.

ZM: A czy łatwo ci rozstać się ze sprzedanym obrazem?

KS: Nie wiem, czy cieszyłabym się z tych obrazów bardziej, gdyby nie były sprzedane i miałabym je u siebie na zawsze. Lubię mieć skończony obraz u siebie przez chwilę, żeby się do niego przyzwyczaić – zawsze jest to jakiś kontekst dla kolejnych prac, które powstają, ale przy zbyt dużej ilości informacji na ścianach też nie pracuje się najlepiej.

Wiążąc się z galerią komercyjną, liczymy na to, że praca artystyczna stanie się źródłem utrzymania. Częściowo lub – jeśli się ma szczęście i akurat kliknie tam na świecie – w całości. Oczywiście malując obraz, nie myślę, że on powstaje po to, żeby został sprzedany. Maluję obraz po to, żeby go rozwiązać i skończyć, ale poza tym obiektywnie powstaje on też po to, żeby ktoś mógł go zobaczyć.

Mogę sobie pozwolić na malowanie właśnie dlatego, że czasami ktoś te obrazy kupuje do kolekcji prywatnej albo do instytucji. To właśnie sprzedaż pracy artystycznej przedłuża jej dostępność i żywotność. Oczywiście idealnie by było, gdyby praca była dostępna, a nie zamknięta na zawsze w magazynie czy mieszkaniu. Pokazywanie prac w muzeum, a nie w galerii-sklepie, w ogóle jest najlepsze.

ZM: A jak się czujesz w nowym Turnusie przy Emilii Plater?

KS: Jasne, że jest inaczej. Według mnie jest lepiej. Często przychodzę do Turnusu, żeby po prostu odpocząć. Nie wiem, ilu artystów odwiedza w tym celu swoje galerie, ale mogę strzelić, że nie jest to powszechne. Pomimo przewijających się tłumów i wszystkich wydarzeń czy warsztatów jakoś tam się to wszystko mieści. Poza tym jest bardzo podobnie klimatem do Wolskiej – za którą, jak mówiłam, będę tęsknić. A nie tęsknię.

Turnus – warszawska inicjatywa artystyczna łącząca funkcję galerii, kawiarni i miejsca spotkań. Skupia się na budowaniu społeczności, promocji młodej sztuki oraz inkluzywności. Organizuje wystawy, performanse i wydarzenia edukacyjne w niezobowiązujacej, sąsiedzkiej atmosferze.