Każda osoba, która poczuła pilną potrzebę pozbycia się materiałów budowlanych i innych zbędnych dla własnego dobrostanu, wie, jakąż niezwykłą przeprawą jest podróż do PSZOK-u oraz pertraktacje z bywalcami tego miejsca. Zdarzają się tacy, którzy na samo wspomnienie o takiej ekskursji argumentują na rzecz porzucania odpadów na obszarach leśnych lub przy granicy pasa drogowego. Takimi szkodnikami nie będziemy się dziś zajmować. Przeciwnie, będzie interesować nas skuteczna i ekologiczna redukcja śladu osobistego.
Faktem jest, że gminy zobowiązane przez tajemne regulacje udostępniają takie punkty redukcji gabarytów z gruzem. Cóż jednak dzieje się z odpadami cyfrowymi, które także mielibyśmy ochotę w godny sposób odprawić w przestrzeń nieistnienia? Problem ten narasta wraz z zapotrzebowaniem na centra przetwórstwa danych oraz akcje korporacji Nvidia, a wkrótce dotrze także do zabudowań mieszkalnych.
Nawet plik pozornie zmieciony z prywatnego dysku pozostawia na krzemowej powierzchni delikatną poświatę, z której można czasem wyczytać jego minioną zawartość. Rzadko jednak mamy ochotę szyfrować cały komputer i wycierać dysk szmatką rozprowadzającą zera w miejscu informacji. Duch niedokasowanych danych nawiedza nas niczym wspomnienie o nieistniejącej sieci handlu wielkopowierzchniowego: jakieś migawki produktów, zakupów, preferencji konsumenckich. Wiesz, że wystarczy znajomość trzech miejsc, w których bywasz, by cię zidentyfikować? Może nawet dwóch, jeśli znam twój wiek albo płeć. Podstępny zbieracz może się z takich skrawków wiele dowiedzieć.
Zakute w dysk twardy bity danych każą nam być sobą. Prekursorem jest tu, rzecz jasna, sam dowód osobisty. Bez tego dokumentu któż wiedziałby, jak się nazywamy, gdzie mieszkamy i co mamy w ogóle do zrobienia? Państwowe przypisanie, które Althusser nazywał „interpelacją”, wywołuje nas do bycia jednoznaczną (o)sobą. Od innego francuskiego filozofa (zwanego Foucaultem) możemy sobie również pożyczyć termin „ujarzmienie”, który opisywać ma, jak różne państwowe procedury zamykają nas i każą nam mieć „ja” w tym zamknięciu. Nie dość zatem, że z kilku drobnych danych można zrekonstruować moją osobę, to jeszcze osobiście czuję się zobowiązany być taką osobą, jaką opisują mnie dokumenty. Algorytm, który ufundowałem na swoich wyborach estetycznych, podtrzymuje teraz moje preferencje, bo nie wyświetla rzeczy, które pozwoliłyby mi się zmienić.
To całkiem kłopotliwa sytuacja, bo przecież nie chciałbym, żeby rzeczy, które w przeszłości zrobiłem, określały mnie do końca egzystencji. Nawet przestępca ma prawo do popełnienia przestępstwa, odrobienia kary, a następnie – po kilku latach – do wymazania wzmianek o tych perypetiach z obowiązujących dokumentów. Dzięki temu może on zacząć życie na nowo z poszanowaniem wszystkich zasad prawa. Chciałbym, by ta sama zasada dotyczyła mojej historii wyszukiwania w mediach społecznościowych.
Statusy z nieistniejącego od wieków portalu Grono.net zapewne nie mają większego wpływu na moją osobowość i na postrzeganie mnie przez znajomych. Nie mam zielonego pojęcia, co mogłem tam pisać. Mogę zatem uznać, że moja historyczna osobowość została zlikwidowana wraz z resztą cyfrowej masy upadłościowej. Podobne zdanie miałem na temat swoich zapisków muzycznych w portalu Last.fm, w którym dawno temu usunąłem konto. Nie przeszkodziło to nieznanej mi osobiście osobie odezwać się do mnie, bo dwadzieścia lat temu pisałem z nią jakieś głupoty na forum.
Niewysłowione są potknięcia młodości! Cóż gorszego, niż zobaczyć własne statusy sprzed dwóch dekad! Wiatr z przeszłości przywodzi zapach wilgotnej piwnicy rozdmuchiwany wiatraczkiem zmęczonego laptopa.
Czy to wszystko trzeba pamiętać? Jeśli zwolnimy dyski twarde z obowiązku pamiętania o naszych przeszłych myślach, nikt – taki jest fakt – nie będzie o nich pamiętał. Dokonania można sobie przypomnieć, gdy wejrzeć na ich efekty, natomiast myśli nie pozostawiają nic godnego wzmianki. Tak powinno zostać. Owszem, Unia Europejska zapewnia nam „prawo do zapomnienia”, ale jak z niego korzystać, jeśli rozproszone algorytmy wiją się przez kable i każdy do własnej jamy zabiera mój kawałek danych? Któż konkretnie miałby mnie zapomnieć, jeśli nie wiem nawet, kto przechowuje mnie w pamięci?
Może lepiej zapomnieć o sobie samemu? Wywieźć dawną siebie razem ze zbiorem statusowych wypowiedzi i opublikowanych zdjęć do punktu selektywnego zbierania odpadów komunikacyjnych, gdzie zostaną zutylizowane. Założyć nowy profil egzystencji. Zdarza się, że ludzie stają się inni od siebie po szczególnie szokujących zdarzeniach. Wszak czy tożsamość musi być ciągła? Literatura i kino dostarczają wielu przykładów na interesujące historie życia, w których następuje zmiana i wytarcie dawnej perypetii. Nawet jeśli nie określa mnie ta sprawa i niewielką wagę przywiązuję do przeszłych decyzji estetycznych i etycznych, fakt pozostawiania niechcianego śladu trapi mnie jak polującego kota. Jeśli mam ochotę zostać sobą, to chciałbym, abym to ja podejmował decyzję o zostaniu sobą. Administrator danych osobowych niech odczepi się ode mnie i mojego kursora.
Czy potrzebujemy punktów pozbywania się cyfrowego gruzu?
Całkiem możliwe.
Piotr „Puldzian” Płucienniczak – krajoznawca, wydawca, wykładowca. Pracuje na ASP w Warszawie, mieszka w Łodzi. Zwolennik umiarkowanej komputeryzacji w granicach prawa.

Piotr „Puldzian” Płucienniczak, Rozgnieciony komputer (Rak), akryl na płótnie, 50×50, 2026. Herakles rozgniótł Karkinosa, a Hera w ramach przeprosin przybiła go do nieboskłonu. Dopóki gwiazdy nie zgasną, będziemy zatem żyć pod znakiem pękniętej skorupy.