BOGNA ŚWIĄTKOWSKA: Badasz funkcjonowanie oddolnych protestów we współczesnej przestrzeni społecznej, zwłaszcza w gęstym środowisku miejskim. Systemy nadzoru i kontroli, uzasadniane potrzebą bezpieczeństwa, stają się coraz bardziej rozwinięte, pomysłowe i wielokanałowe. Gdzie przebiega granica, zwłaszcza w naszych niespokojnych czasach, między gwarantowaniem bezpieczeństwa a kontrolą aktywności obywatelskiej?
MACIEJ KOWALEWSKI: Dosyć dużo wiemy o tym, jakie dane są zbierane, znacznie mniej natomiast o tym, w jaki sposób są później przetwarzane. W takim mieście jak Szczecin istnieje techniczna możliwość śledzenia dowolnego numeru rejestracyjnego samochodu. Można by było – gdyby mieć odpowiednią moc obliczeniową – obserwować użytkownika konkretnego pojazdu przez kilka dni, sprawdzać, gdzie się zatrzymuje, na jak długo i jakimi trasami się porusza. Czym innym jest jednak gromadzenie danych, a czym innym ich systematyczne przetwarzanie. Musiałby również istnieć określony cel takiej obserwacji i zapewne jakieś warunki prawne jej prowadzenia.
O ile zdajemy sobie sprawę z obecności monitoringu wizyjnego, urządzeń geolokalizacyjnych w smartfonach, bramek wejściowych w różnych instytucjach czy danych zbieranych przez aplikacje i mapy, które pomagają nam poruszać się po mieście, o tyle znacznie mniej wiemy o tym, jak te dane mogą być ze sobą łączone, przypisywane do innych form aktywności i wykorzystywane w konkretnym celu.
BŚ: Ale to jest chyba największe pole niepewności – jakie dane, przez kogo i w jakim celu?
MK: Możliwości rozpoznawania twarzy czy ustalania, kto i gdzie pojawia się lub loguje w przestrzeni miejskiej, istnieją już od dłuższego czasu. Integracja danych pochodzących z różnych źródeł da możliwość nie tylko śledzenia, lecz także przewidywania określonych poczynań. Próby wykorzystywania sztucznej inteligencji do rozpoznawania potencjalnie niebezpiecznych zachowań w przestrzeni publicznej trwają już od dawna. System może na przykład potraktować nagłe zatrzymanie lub zmianę tempa poruszania się jako sygnał odbiegający od normy i przypisać mu potencjalnie niebezpieczne znaczenie. Problem polega więc nie tylko na tym, że jesteśmy obserwowani, ale także na tym, że nasze aktywności mogą być automatycznie interpretowane według kryteriów, których nie znamy.

Transport publiczny w Paryżu – ruch pasażerski w 1889 r., tramwaje i statki, źródło: commons.wikimedia.org
BŚ: Co z tą wiedzą może zrobić socjologia? Jakimi narzędziami bada relacje między protestem, nadzorem i przetwarzaniem danych?
MK: Badacze rzadko są dysponentami danych. Bardzo trudno uzyskać do nich dostęp. Dotyczy to nawet danych geolokalizacyjnych związanych z logowaniem się urządzeń do sieci. Oczywiście powstają prace, które wykorzystują takie informacje, na przykład do pokazania, jak często określone przestrzenie miejskie służą wyrażaniu sprzeciwu, ale nadal są to raczej wyjątkowe przypadki.
Częściej korzysta się z narzędzi umożliwiających pozyskiwanie danych z platform społecznościowych. Dodatkowe oprogramowanie pozwala stosunkowo szybko analizować na przykład zdjęcia publikowane w związku z konkretnym protestem lub inną formą sprzeciwu. Mimo to badań nad cyfrowymi przejawami zaangażowania aktywistycznego jest mniej niż mogłoby się wydawać. Dane te są zapewne intensywnie przetwarzane, ale częściej przez inne podmioty niż badacze akademiccy.
Znacznie więcej dzieje się wtedy, gdy badacze zajmują się danymi wytwarzanymi przez samych aktywistów. To bardzo interesujące pole nauki, jak i aktywności społecznej. Ruchy społeczne tworzą własne narzędzia, które pozwalają monitorować niepokojące procesy, zaniedbania albo zniekształcenia w oficjalnym obrazie rzeczywistości.
Zakres takich działań jest bardzo szeroki: od pomiarów zanieczyszczenia powietrza i działalności alarmów smogowych, przez monitorowanie wycinki drzew, po badanie natężenia hałasu. Aktywiści często robią to oddolnie, poza istniejącymi instytucjami albo równolegle do nich. Wykorzystywanie danych przez ruchy społeczne stało się już dużą i ważną dziedziną badań. Nie chodzi tu wyłącznie o opisywanie świata, ale także o wytwarzanie wiedzy, która może podważać dane oficjalne, ujawniać niewidoczne problemy i dostarczać argumentów potrzebnych do działania.
BŚ: Codziennie produkujemy – nieświadomie pracując na rzecz tych, którzy je zbierają – mnóstwo danych na nasz temat, ale wciąż brakuje jasnych reguł dotyczących dostępu do tych danych, prywatności i kontroli nad sposobem ich wykorzystywania. Radni i ruchy miejskie widzą to co jest materialne – na przykład w Warszawie kwestie dotyczące danych nie są przedmiotem ich zainteresowania. Miejskich polityk, które by to regulowały nie ma, prace nad Strategią Cyfryzacji Polski do roku 2035 dopiero trwają.
MK: Dla mnie najciekawsze są tu dwie kwestie. Pierwsza dotyczy tego, w jaki sposób dane i sposoby ich obrazowania służą do budowania opowieści o mieście – także opowieści politycznej – oraz o tym, co w miejskim środowisku może się wydarzyć. Druga wiąże się z transparentnością: z pytaniem, jakie dane są właściwie gromadzone i co się z nimi później dzieje.
Pierwsze zagadnienie dotyczy tego, co nazywam miejską obietnicą albo przestrogą. Wizualizacje danych – wykresy, mapy, interaktywne narzędzia – pozwalają przedstawiać możliwe scenariusze rozwoju miasta i wpływać na sposób, w jaki mieszkańcy je sobie wyobrażają. Politycy już dawno odkryli, że kartografii można używać do uzasadniania decyzji i odwoływania się do zbiorowej wyobraźni. Początkowo dotyczyło to przede wszystkim państw i regionów, z czasem także miast. Powstawały więc mapy biedy, przestępczości czy rozmaitych dysfunkcji społecznych.
Ten mechanizm działa do dzisiaj. Niezależnie od tego, czy politycy chcą zwrócić uwagę na zagrożenia związane z zanieczyszczeniem środowiska, czy na wyobrażone przez siebie niebezpieczeństwa związane z wielokulturowością, chętnie odwołują się do map i wykresów. Czasami są one oparte na nieprawdziwych albo odpowiednio dobranych danych, które mają wywołać określoną reakcję. Dzisiaj przygotowanie takiej wizualizacji jest stosunkowo łatwe. Narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję pozwalają szybko stworzyć wykres, mapę czy grafikę, co widzimy już także na poziomie polityki samorządowej.
BŚ: I jakie są tego skutki?
MK: Wizualizacje odwołujące się do zbiorowej wyobraźni, a niekiedy także do zbiorowych lęków, służą albo konstruowaniu obrazu zagrożenia, albo wskazywaniu pożądanego kierunku zmian. Może to być mapa występowania określonych gatunków zwierząt w mieście, mapa wycinki drzew, zanieczyszczenia powietrza czy przestępczości. Za każdym razem działa podobny mechanizm: używa się środków możliwie silnie przemawiających do zbiorowej świadomości, żeby dane mogły nie tylko coś pokazać, ale także zadziałać na wyobraźnię.
Nie jest to jednak zupełnie nowy sposób opowiadania miasta. Miasta zawsze próbowały przyciągać, konstruując obraz obietnicy albo odstraszać, budując wizerunek przestrzeni niebezpiecznej czy niewygodnej, wymagającej „pozbycia się problemu”. Nawet dyskusja o tym, czy mieszkańcy miast są szczęśliwsi od mieszkańców wsi, dotyczy w gruncie rzeczy określonego wyobrażenia na temat życia w środowisku miejskim.
Interesujące jest to, jak dane wytwarzane przez naukowców, aktywistów czy ruchy oddolne zostają później przejęte przez politykę lokalną. Bardzo często służą budowaniu jednej z tych dwóch narracji: miasta jako obietnicy albo miasta jako zagrożenia.
Drugie pole to transparentność. Nie spotkałem się dotąd z przypadkiem, w którym instytucje podległe samorządowi przedstawiałyby w sposób całościowy i zrozumiały informacje o tym, jakie dane gromadzą. W odniesieniu do miasta myślimy przede wszystkim o danych geolokalizacyjnych, ale zapewne nie tylko o nich. Problem polega więc nie wyłącznie na samym zbieraniu danych, lecz także na tym, że mieszkańcy nie mają pełnej wiedzy o ich zakresie, sposobach łączenia i możliwych zastosowaniach.

Miasta w Iranie, gdzie odbyły się protesty w latach 2025-2026, źródło: commons.wikimedia.org
BŚ: Kierujesz projektem Aktywizm a wytwarzanie wiedzy. Archiwa i dane o protestach w polu polityki kontestacji. To wieloletnie badanie finansowane przez Narodowe Centrum Nauki, które ma się zakończyć wnioskami w roku 2028. Pewnie dziś jest za wcześnie, żeby rozmawiać o rezultatach, ale warto wspomnieć o ciekawym wątku – badacie zarówno bazy rejestrujące protesty, ale także archiwa tworzone przez ruchy społeczne dotyczące własnej działalności.
MK: Zauważyliśmy, że powstaje stosunkowo dużo baz i zestawów danych ewidencjonujących akty protestu. Część z nich działa tak samo jak dziesięć czy dwadzieścia lat temu: na podstawie artykułów prasowych zbiera się informacje o tym, gdzie, kiedy, przez kogo, w jakiej formie i w jakim celu została zorganizowane zdarzenie protestacyjne. Takie dane są niezwykle przydatne, ponieważ pozwalają śledzić zmiany aktywności ruchów społecznych, podejmowanych tematów.
Od pewnego czasu pojawiają się także zestawy danych tworzone automatycznie albo półautomatycznie. Informacje są pozyskiwane z platform społecznościowych i elektronicznych wydań prasy, dzięki czemu niemal w czasie rzeczywistym można śledzić aktywność protestacyjną różnych podmiotów, nawet w skali globalnej. Na świecie działa kilka takich projektów.
Oprócz tego istnieje oczywiście ogromna liczba materiałów dotyczących bliższej i dalszej przeszłości: dokumentacji protestów, aktów obywatelskiego sprzeciwu i działalności ruchów społecznych. W Polsce takich archiwów i zasobów nie mamy jednak zbyt wiele. Przekonanie, że nawet aktywizm prowadzony w bardzo małej skali jest częścią dziedzictwa kulturowego i historycznego, wciąż nie jest powszechne.
BŚ: Ale jednak ta oddolna archiwistyka się rozwija.
MK: Zmieniają to częściowo archiwa społeczne i cały ruch wspierany między innymi przez Centrum Archiwistyki Społecznej. W przypadku ruchów społecznych jest to niezwykle ważne, ponieważ ich historia zwykle zostaje później opowiedziana przez kogoś innego. Ruchy społeczne funkcjonują zazwyczaj w polu konfliktu, więc ich dzieje bardzo chętnie opiszą przeciwnicy polityczni, policja, szeroko rozumiana opozycja albo późniejsi spadkobiercy. Jeżeli same nie zadbają o swoją historię i nie opowiedzą własnego zaangażowania, zrobią to za nie inni.
Zauważyliśmy również, że współczesne ruchy, działając w dużej mierze cyfrowo, przestały dostatecznie troszczyć się o archiwizację. Kiedy używano plakatów, protokołów ze spotkań, odezw, manifestów, papierowej prasy, ulotek czy naklejek, łatwiej było zachować materialny ślad aktywności. Dzisiaj jest to często profil na Facebooku, kanał na WhatsAppie albo strona internetowa. Łatwo więc przyjąć, że wszystko to będzie trwało wiecznie. Ale nie będzie.
BŚ: Tu uzależnienie od firm dostarczających rozwiązania technologiczne jest szczególnie dobrze widoczne.
MK: Tak. Zwłaszcza, że nie chodzi wyłącznie o to, żeby można było później prowadzić badania. Chodzi o to, żeby nie trzeba było ponownie walczyć o te same sprawy i od początku opowiadać tych samych idei. Żeby historia konkretnego zaangażowania przetrwała nie dziesięć czy dwadzieścia lat, lecz znacznie dłużej.
Dlatego próbujemy w Polsce przekonywać aktywistów i ruchy społeczne, by gromadziły własną dokumentację. Trochę się przed tym broniliśmy, ponieważ nasz projekt ma charakter naukowy i dotyczy tego, jak wiedza funkcjonuje w polu polityki. Zdarzyło się jednak, że sami zaczęliśmy zbierać materiały, zwracając się do różnych ruchów z prośbą o ich przekazanie, o ile wcześniej nie trafiły do innej instytucji. Okazało się, że dzieje się to stosunkowo rzadko.
Stworzenie takiego archiwum nie jest celem naszego projektu. Widzimy wyraźnie, że warto tworzyć archiwa codziennego aktywizmu. Aktywiści mają oczywiście wystarczająco dużo bieżącej pracy, zmagają się ze zmęczeniem, przeciążeniem i wypaleniem, ale warto zadbać o to, żeby ich wysiłek mógł zostać przeniesiony w przyszłość. Archiwum jest bowiem przede wszystkim opowieścią o przyszłości. Jest pytaniem o to, jak skonstruować depozyt, który wysyłamy ludziom żyjącym za kilka pokoleń.
BŚ: Protest zwykle wiąże się z domniemaniem autentyczności społecznych emocji, które wyprowadzają ludzi na ulicę, romantycznym wyobrażeniem, że protestujący zawsze mają moralną słuszność i występują w obronie słabszych albo pokrzywdzonych. Tymczasem najnowsze technologie pozwalają emocje wytwarzać i wzmacniać – podsycać polaryzację, uruchamiać konflikty wewnętrzne, osłabiać wspólnotę czy destabilizować państwo. Czy można jeszcze odróżnić oddolny sprzeciw od konfliktu świadomie wywoływanego i sterowanego z zewnątrz?
MK: Ludzie wychodzą na ulicę w bardzo różnych sprawach, także po to, żeby manifestować chęć wykluczenia innych, głosić poglądy rasistowskie, antyimigranckie, antyszczepionkowe czy anty-LGBT. Granica między protestem a zamieszkami oraz między oddolną mobilizacją a sprowokowaniem jej pojawienia się w przestrzeni publicznej jest również bardzo płynna. Nowe technologie rozpowszechniania informacji znacznie utrudniają rozpoznanie co jest czym, począwszy od deepfake’ów, a skończywszy na tym, że także relacje z protestów bywają przedmiotem celowej dezinformacji i manipulacji. Zestawia się ze sobą materiały pochodzące z różnych miejsc i wydarzeń, używa prowokacji, preparuje fotografie i grafiki.
Emocje, które skłaniają nas do wyjścia na ulicę, są oczywiście niezwykle ważne. Wobec władzy autorytarnej protest bywa jedynym dostępnym narzędziem oporu i sprzeciwu. Jednocześnie istnieje ryzyko, że polityka całkowicie przeniesie się na ulicę, a wyrażanie emocji i iluzja sprawczości urosną do niebotycznych rozmiarów. Powraca wtedy romantyczne wyobrażenie, że pospolite ruszenie albo zajazd szlachecki może zastąpić inne, rutynowe i nudne formy sprawowania władzy. To niestety może obrócić się przeciwko samej demokracji.
BŚ: To znaczy?
MK: Istnieje niebezpieczeństwo, że polityka dziejąca się poza instytucjami – dawniej powiedzielibyśmy: polityka pozaparlamentarna, polityka ulicy – zacznie wypierać sposoby podejmowania decyzji wypracowane w ramach demokracji parlamentarnej.
Pamiętajmy też, że masowe wyjście na ulicę daje poczucie sprawstwa i wpływu na decyzje, ale te decyzje nie zawsze później zapadają. Rozczarowanie po protestach w sprawie zaostrzenia prawa do aborcji w Polsce jest częścią zjawiska, o którym mówię. Masowe zaangażowanie, podejmowane w słusznym społecznym gniewie i w określonym kontekście politycznym, mogło stworzyć złudną nadzieję, że sprawa została już rozstrzygnięta. Skoro było nas tak wiele, skoro tak wiele osób wyszło na ulicę, to coś z pewnością musi się zmienić. Tymczasem się nie zmieniło. To doświadczenie może działać demotywująco i osłabiać samo życie polityczne.
BŚ: Z drugiej strony uczestnictwo w proteście często staje się wydarzeniem pokoleniowym, doświadczeniem formującym całą generację. Demonstracja może nie doprowadzić bezpośrednio do zmiany decyzji politycznej, ale zmienia jej uczestników.
MK: Każda forma protestu – od strajku okupacyjnego po wyjście na ulicę – angażuje nas cieleśnie i emocjonalnie. Wymaga czasu, zasobów i wejścia w relacje społeczne, które pod wpływem tego doświadczenia także ulegają zmianie. Protesty uliczne nie znikną, bo są ucieleśnionym doświadczeniem politycznym. Nawet jeśli duża część obywatelskiego sprzeciwu przenosi się do sieci, dokumentacja ma cyfrowy charakter, a zdjęcia stają się głównym świadectwem aktywności protestacyjnej, niezmienny pozostaje jej rdzeń: wspólne, fizyczne doświadczenie obecności i działania.
dr hab. Maciej Kowalewski – socjolog miasta i badacz ruchów społecznych. Od 2017 r. kieruje Instytutem Socjologii Uniwersytetu Szczecińskiego; na kolejną kadencję został powołany na lata 2025–2028. Od 2022 r. stoi także na czele UNESCO Chair for Social Sustainability. Prowadził badania między innymi jako visiting associate w LSE Cities oraz na Uniwersytecie Hamburskim; był stypendystą DAAD i Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Bada miasto jako miejsce formowania się konfliktów, wspólnot, tożsamości i roszczeń politycznych. Analizuje między innymi obywatelstwo miejskie, publiczne manifestowanie niezadowolenia, polityczne znaczenie placów, ulic i innych przestrzeni wspólnych, a także sposoby, w jakie architektura może wspierać albo ograniczać protest. Jest autorem publikacji Protest miejski. Przestrzenie, tożsamości i praktyki niezadowolonych obywateli miast (Zakład Wydawniczy NOMOS, Kraków 2016).
Publikacja powstała dzięki dofinansowaniu ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.