Reklama Group
9

Kto wyciągnie wnioski z kryzysu (na przykład naftowego)?

Piotr Puldzian Płucienniczak, Bliźnięta, akryl na płótnie, 25 × 25, 2026. Starożytni żeglarze przyzywali niebiańskie rodzeństwo, Kastora i Polluksa, by zesłali im kawałek wiatru na drogę. Ci nie odmawiali nigdy wsparcia w momencie kryzysu.

Wedle niektórych źródeł każde pokolenie stąpające po Ziemi musi doświadczyć globalnego kryzysu i może – to już nieobowiązkowe – wyciągnąć z niego trafne wnioski na przyszłość. Cóż jednak zrobić, jeśli taki kryzys wydarza się co pół dekady, a wymiana pokoleń przebiega w dawnym tempie albo nawet wolniej? Trudno przetworzyć te kłopoty terminowo. Otóż trzeba się zastanowić, co powiedzieć, zanim się to wypowie. To standardowa procedura w takich sytuacjach – pisze Piotr Puldzian Płucienniczak.

Niektórzy twierdzą, że sytuacja jest bezprecedensowa. Mówią o polikryzysie, wielokrotnym kryzysie, który nawarstwia się niczym futro na suśle, dręczy i umęcza każdą rzecz razem i z osobna. Łączy się to z globalnymi powiązaniami, społeczeństwem ryzyka i płynną nowoczesnością. Kręcąc się w coraz szerszym wirze, dron nie słyszy swego nadajnika. Sprawy, które kiedyś były proste jak droga do fryzjera, dziś kluczą i wzmacniają swoje powikłania.

Immanuel Wallerstein twierdził, że gdzieś między 2025 a 2050 nastąpi wielkie przełożenie dźwigni i dawny świat – czyli nasz świat obecny – stoczy się w morze niczym zlany potem lodowiec. Spod fali wyłoni się nowy układ rzeczy, którego jeszcze sobie nie możemy wyobrazić. Co może być dla niektórych ciekawe, twierdził tak dzięki znajomości nie gwiazd bądź arkanów tarota, lecz wieloletnich analiz trendów gospodarczych. Z tychże analiz wynika, że obecnej sytuacji nie da się dłużej utrzymać. Uważają tak nie tylko historycy gospodarki, ale w zasadzie wszyscy, którzy w nerwach i skupieniu zalewają świat skoncentrowaną żółcią. Czyż tak wiele osób może się mylić? Niewykluczone. Zostawmy jednak tę kwestię demografom bądź własnej ocenie.

Bliźniakiem Wallersteina na przeciwnym biegunie był Jürgen Habermas, myśliciel przywiązany do stabilnej reguły i mocno sceptyczny wobec wywrotowych trendów. „Kryzys”, powiadał, „jest zawsze jakiś, więc nie bardzo jest się czym przejmować i interesować”. To chłopska – w dobrym znaczeniu tego słowa – prawda. Czyż nie jest tak, że po okresie kaszlu i przeziębień przychodzi czas skręconych nóg i siniaków, później oparzeń skóry i udarów cieplnych, po nim epoka, w której łatwo nabawić się migreny, by znów nadszedł czas choroby? Każda sytuacja wiąże się z niedogodnościami i nie starczyłoby ludziom czasu na życie, gdyby zawsze ogłaszali stan alarmowy.

Można powiedzieć, że kryzys to reguła: gdy tylko ziemia ułoży się po jednym przekopaniu ogródka, ułożenie to sprawia, że konieczne jest następne przekopanie. Równowaga w przyrodzie to ciągłe kopanie się po kostkach przez wszystkie żyjące i nieożywione istoty, które czekają, aż sytuacja nieco się uspokoi, by znów zabrać się do złośliwej roboty.

Tak oto dzięki dziwnym zbiegom geopolitycznych okoliczności znów znaleźliśmy się w kryzysie naftowym, nie pierwszym i nie drugim, a zapewne nie ostatnim. W 1973 roku nafciarze zakręcili kurki na Bliskim Wschodzie, gdy wybuchła wojna między Izraelem i Egiptem. Cena paliw wzrosła wówczas czterokrotnie i każdy, kto miał rozum, zaczął rozmyślać, jakie wnioski wyciągnąć z tego kryzysu.

Uzależnione od ropy społeczeństwa zaczęły poważnie zastanawiać się nad zagrożeniami wynikającymi z tej kosztownej dyspozycji. Doprowadziło to do dużego wzrostu środowiskowej świadomości i powstania ruchów ekologicznych takich, jakimi je znamy. Pojawiły się nawet pomysły, by napędzać transport prądem, a prąd robić w jakiś odnawialny sposób, na przykład przy użyciu wiatru albo słońca. Wtedy były to pomysły nowe, dziś dla wielu z nas mają podstawowe znaczenie. Potrzeba było jeszcze kilku kryzysów naftowych, żeby te kwestie potraktować poważnie, ale dziś już wiemy, że była to znakomita decyzja.

Piotr Puldzian Płucienniczak, Bliźnięta, akryl na płótnie, 25 × 25, 2026. Starożytni żeglarze przyzywali niebiańskie rodzeństwo, Kastora i Polluksa, by zesłali im kawałek wiatru na drogę. Ci nie odmawiali nigdy wsparcia w momencie kryzysu.

Wielu zaczęło rozważać swoje uzależnienie od politycznie niestabilnych paliw. Maszyny, które radośnie spalały niedrogą benzynę, rozpoczęły przyspieszoną ewolucję ku mniejszym i bardziej ekonomicznym silnikom. Czy nie mamy i dziś problemu ze zbyt dużymi samochodami? Każda okazja jest dobra, by je przyciąć. Można sobie imaginować, że obecny kryzys również przyniesie nowe pomysły na lepsze zagospodarowanie miejsc parkingowych.

Czasem dobrze się zgubić i zapomnieć wydeptane ścieżki. Jest to bowiem okazja, by odnaleźć nowe drogi na skróty albo miejsca, o których niewiele się wiedziało. Okazuje się, że świat się nie rozpada, gdy robi się rzeczy wcześniej niewyobrażalne. W sytuacji kryzysu rząd może tworzyć programy stypendialne dla artystów albo ustanawiać maksymalne ceny oleju napędowego. Któż mu zabroni?

W sytuacji kryzysu dobry obyczaj i miedziana tradycja mniej ważą niż presja okoliczności. Dobrze im uciec w godzinie próby. Ci, którzy w czasie drogiej ropy wrócili do energetyki opartej na węglu, dziś płacą jeszcze wyższe rachunki za energię. Kryzys nie byłby bowiem kryzysem, gdyby dało się z niego wyjść, sięgając po sprawdzone środki wyjmowane spod ziemi jak za dziada pradziada.

Lepsze decyzje podejmuje się, jeśli ma się sympatyczne podejście do życia i współpracuje z ludźmi o dużej sympatii, a to nie zawsze jest zależne od nas. Rozsądnie byłoby o to zadbać w czasie, w którym nie ma kryzysu (a czasu takiego nigdy nie ma dużo), żeby się na niego dobrze przygotować (przygotowań nigdy za dużo).

Sprawy, o których nie można nawet pomyśleć, jawią się w niezwykłej plastyczności i jak gdyby na wyciągnięcie ręki, gdy człowiek poczuje na sobie ciężką rękę losu. Porzekadło bandytów głosi, że kryzys to po prostu zachęta do przedsiębiorczości. I od przestępcy można się czegoś nauczyć, jeśli poważnie potraktować jego predyspozycje do przedziwnych transakcji. Cóż bowiem po przepowiedniach i predylekcjach, jeśli nawet wielokrotnie rażeni gromem nie rozwijamy wzdłuż budynku linii piorunochronu? Mchy i porosty układają się cienką warstwą i w niekorzystnych okolicznościach, które innym, poważniejszym bylinom przynoszą tylko suchoty bądź obniżenie nastroju. Znaleźć dobrą stronę takiego ambarasu bywa niełatwo, ale cóż lepszego w życiu do roboty?

Czy umiemy wyciągnąć wnioski z kryzysu? Nie wiadomo.

Piotr Puldzian Płucienniczak – krajoznawca, wydawca, wykładowca. Pracuje na ASP w Warszawie, mieszka w Łodzi. Jeździ dieslem i na rowerze.