Ktoś gdzieś w tej chwili nerwowo sprawdza aplikację z mapami, która oczywiście się zacina. Ktoś gdzieś w tej chwili odlicza sekundy do upragnionych cyfr 00 albo 30 na zegarze (zakładając, że nie mamy do czynienia z zegarkowymi pick-me, którzy umawiają się na przykład na 13.23). Ktoś gdzieś w tej chwili wyrzuca sobie, że zbyt długo zakładał skarpetki, i przeklina swoją dentystkę, która kazała mu nitkować zęby przez co najmniej pięć minut rano. Im bardziej wskazówki zegara zbliżają się do umówionej godziny spotkania, tym bardziej ten ktoś-gdzieś-w-tej-chwili zaczyna myśleć o czekającym go wydarzeniu jako o czymś dziesięć razy ważniejszym, niż jest w rzeczywistości.
Nie wiem, o czym dokładnie była fabuła Władcy Pierścieni, ale wydaje mi się, że właśnie to mi się przydarzyło – długa droga, podczas której główny bohater dzięki przyjaźni zrozumiał jakąś podstawową prawdę. Ignore the ring part, tego akurat nie było. Kilka lat temu byłem całkowicie pochłonięty hedonistycznymi fantazjami o złamaniu katolickich, martyrologicznych tradycji codzienności i wszędzie się spóźniałem. Do pracy, na spotkania ze znajomymi, do pracy ze znajomymi i na spotkania pracownicze. Wszędzie. Bycie na czas psuło mój – dotychczas stopniowo budowany – wizerunek osoby niepasującej do chłodnego i surowego polskiego społeczeństwa nadzoru. Oczywiście nie robiłem nic, żeby walczyć ze społecznym panoptykonem, poza wkurzaniem wszystkich i kłamaniem, że tym razem na pewno przyjadę na tę 18.30 – ale to temat na inną rozmowę.
Wszystko zaczęło się zmieniać, kiedy podczas jednego ze spotkań, na które – jak słusznie zgadujecie – się spóźniłem, zauważyłem u mojej przyjaciółki pewną cechę. Kiedy jechaliśmy autobusem, na trzy przystanki przed naszym zaczęła nerwowo rozglądać się po autobusie, obracać Google Maps we wszystkie możliwe strony i przybrała tak poważną minę, że pomyślałem, że jesteśmy w kręconym na żywo odcinku Tuż przed tragedią. Prawda okazała się o wiele bardziej prozaiczna (jak coś: przeżyliśmy). Na minutę przed naszym przystankiem M. szybkim krokiem przeszła od przednich drzwi na sam koniec autobusu, żebyśmy wysiedli właśnie tam. Za pierwszym razem to zignorowałem. Kiedy to powtórzyło się przy kolejnej podróży, skonfrontowałem ją i wtedy właśnie opowiedziała mi o swoim modus operandi. Za każdym razem, kiedy wsiada do komunikacji miejskiej, oblicza, z których drzwi najbardziej opłaca się wysiąść w zależności od tego, dokąd będzie szła dalej. Ten proces zachodzi niezależnie od środka transportu. Czasem różnica jest bardziej znacząca i usprawiedliwiona, a czasem sprowadza się do kilku kroków.

Sasza Pohorelov, Osiem i pół sekundy, 2026
Słuchałem jej z mieszanką zachwytu i niezrozumienia w równych proporcjach. Jedyne, co odpowiedziałem, to: „I co zamierzasz zrobić z tymi 25 zaoszczędzonymi sekundami miesięcznie, lol?”. Wiem, niepotrzebnie chamskie i niemiłe. Ale spokojnie! Sprawiedliwość zatriumfowała i dostałem odpowiedź, po której zaakceptowałem swoją porażkę: „Saszo, gdybyś zebrał wszystkie te sekundy, to może dziś czekałabym na ciebie mniej niż 15 minut”. Szach-mat.
Powróciwszy do domu, wziąłem kartkę papieru i zacząłem powolutku obliczać, ile sekund byłbym w stanie zaoszczędzić, trzymając się poleceń M. Dzięki stronie solarisbus.com oraz resztkom wiedzy algebraicznej ze studiów udało mi się zliczyć owe sekundy i zastanowić się, co bym zrobił, gdybym je odzyskał. W załączonym przykładzie skupiłem się na jednej przejażdżce autobusem modelu Solaris Urbino 18 electric, który kursuje w Warszawie od 2014 roku.
Zachęcam do zastosowania moich obliczeń do waszych ulubionych modeli pojazdów. Na pewno znajdziecie rzeczy, których nie zdążyliście zrobić z powodu własnych problemów logistycznych lub niedziałających tylnych drzwi w lokalnym Ikarusie. Sorki.

Sasza Pohorelov, Osiem i pół sekundy, 2026
Sasza Pohorelov – twórca internetowy, autor treści wszelakich o różnym stopniu powagi. Pełnił funkcję redaktora zarządzającego magazynu „DUMA”. Obecnie prowadzi konto memowe @pysznestopy.pl