6 tematów #57, premiera 13.04.2026, radiokapital.pl/shows/6-tematow/
Audycja 6 tematów powstaje jako dźwiękowa wersja czasopisma NN6T.
Notes na 6 tygodni jest – jak sama nazwa wskazuje – o sprawach bieżących, ale też o takiej teraźniejszości, która widzi przyszłość.
Zapraszamy na spotkania z osobami działającymi na styku sztuki, dizajnu, architektury i szeroko rozumianych badań życia społecznego.
NN6T czyli N jak nasłuch, N jak nadawanie, 6 jak sześć, T jak temat.
W tym odcinku:
Nurogęsi idą – Stefan Bobrowski
Czego nie możemy pomyśleć – Dominika Łabądź, Joanna Synowiec
Miasto w ruchu – Monika Wróbel
Zmysły przyszłości – Marta Lisok
Zobacz dyplom – Agnieszka Basak-Wysota
Wspólnota, tkanina, troska – Marta Nadolle
Zapraszamy!
Zakątek Nurogęsi to zrealizowany projekt budżetu obywatelskiego w Warszawie, zgłoszony przez przyjacielską koalicję Fundacji Bęc Zmiana, Fundacji Puszka i Fundacji Skwer Sportów Miejskich; dzięki niemu zdegradowany teren przy Porcie Czerniakowskim został przekształcony w miejsce wspierające wiosenną migrację nurogęsi i współbycie różnorodnych gatunków.
Nurogęsi to gatunek ptaków, należących do traczy, czyli grupy kaczek wyspecjalizowanych w łowieniu ryb. Ich wiosenne wędrówki przez miasto mają w sobie coś z małego cudu i zarazem miejskiego święta.
Pisklęta, które wykluwają się w dziupach położonych wysoko na drzewach, matki prowadzą przez skwery, chodniki i ulice w stronę Wisły. Jednym z najtrudniejszych odcinków tej drogi jest ruchliwa wielopasmowa Czerniakowska. Właśnie tam co roku pomagają wolontariusze, którzy na moment zatrzymują ruch, by ptasia rodzina mogła bezpiecznie przejść. O tych niezwykłych migracjach i o tym jakie zwyczaje mają nurogęsi mówi nam, w oczekiwaniu na ich doroczny przemarsz, Stefan Bobrowski zastępca kierownika działu komunikacji społecznej Zarządu Zieleni m.st. Warszawy z którym spotkaliśmy się w Łazienkach, skąd większość nurogęsi zaczyna swoją wędrówkę.
Stefan Bobrowski: Tutaj widać z jakiej one wysokości wyskakują, tutaj jest myślę dobrych siedem metrów nad ziemią. Więc jak takie maleństwo skacze z takiej wysokości… To jest to drzewo, kasztanowiec. A dziupla prawdopodobnie jest tam, gdzie te gałęzie się rozchodzą.
Bogna Świątkowska: One z takiej wysokości skaczą?
Stefan Bobrowski: To, że one są lekkie i puchate jest faktem, więc spadają dużo wolniej i upadają z dużą amortyzacją. Więc one tutaj spadały, na chwilę traciły chyba przytomność, ale otrząsały się i szły za matką, która je nawoływała. To też jest niesamowite, że te matki cały czas dają sygnały dźwiękowe i one jak za magnesem za nią idą.
Pierwszą rzeczą jest, że muszą wyskoczyć z tego gniazda. One dzień wcześniej się wykluwają, więc są bardzo młodziutkie. Niestety totalnie nie wiemy, które w danym roku drzewa zostaną przez nie wybrane.
To jest piękny widok, jak one siedzą na brzegu i odpoczywają. I te maluchy albo pływają sobie wokół niej, albo odpoczywają razem z nią, albo czasami na niej. Maluchy lubią też odpoczywać na wodzie, siedząc na matce. A jednocześnie są takie lekkie i potrafią biegać po wodzie. To też jest ładny widok. Ale najładniejszy widok jest wtedy, kiedy one już przejdą przez Czerniakowską i wskakują do wody. I to jest chyba najśliczniejszy widok, na który czekamy wszyscy.
One w Łazienkach są tak naprawdę bardzo krótko, bo większość swojego życia spędzają na Wiśle, więc tutaj są tylko na występach gościnnych. Chyba z mandarynkami i z krzyżówkami jakoś sobie radzą. Pewnie wrony czy sumy mogą być dla nich większym zagrożeniem. Największym są szopy, które od jakiegoś czasu w łazienkach są.
Co nas zaskoczyło dwa lata temu, kiedy sum zaatakował matkę, która płynęła z młodymi i chciał ją wciągnąć za kuper pod wodę – nie udało mu się to, ale poturbował biedulkę i później ona spanikowana zamiast płynąć, to wyszła na brzeg i przeszła kawał drogi razem z młodymi. Dla tych młodych, które się wykluły dzień wcześniej, była to duża i pewnie bardzo wyczerpująca wycieczka, bo one jednak nie są stworzone do chodzenia, tylko do pływania. Ale dały radę i później dzielnie wszystkie do tej Wisły trafiły.
Zaczynamy pierwszego kwietnia, kończymy z końcem maja. Wiemy o tym, że są też matki, które podejmują drugi raz lęgi, ale nie mogą być zbyt późno, ponieważ ona te młode musi wychować, musi przygotować je do zimy. Muszą podrosnąć na tyle, żeby były samodzielne i żeby mogły przetrwać zimę, więc biologicznie one nie mogą się też zbyt późno lęgnąć, bo tej zimy nie przetrwają. Koniec maja jest takim już końcem tego, kiedy mogą się pojawić.
Bogna Świątkowska: W jaki sposób odbywa się opieka nad tym, żeby nurogęsi bezpiecznie trafiły do Wisły?
Stefan Bobrowski: Ona odbywa się na kilku poziomach. Jeden to jest poziom nasz, urzędowy – my jako zarządca Kanału Piaseczyńskiego, kiedy powstaliśmy w 2016 roku, wzięliśmy odpowiedzialność za ptaki, które wcześniej zdarzało się, że ginęły pod kołami samochodów. Zanim pojawiła się nasza jednostka, to mieszkańcy okolicznych osiedli widzieli, co się dzieje i też wzięli na siebie pilnowanie ich i dbanie o ich dobrostan.
Jak my się pojawiliśmy, zaczęliśmy współpracować oczywiście ze Strażą Miejską, z Policją, z Zarządem Dróg Miejskich, żeby jakoś im pomóc. Od kilku lat robimy to trochę bardziej systemowo, bo angażujemy wolontariuszy i wolontariuszki, którzy codziennie, trzy razy dziennie przez te dwa miesiące, robią obchód i monitorują, czy na wodach – tutaj w Łazienkach, gdzie jesteśmy, czy na Kanale Piaseczyńskim – ta matka z młodymi się nie pojawia. Ten system wczesnego reagowania jest ważny i dlatego przykładamy do niego taką dużą uwagę, żebyśmy jak najszybciej po prostu dowiedzieli się, że jest akcja, że ona się pojawiła.
Od dwóch lat współpracujemy też bardziej systemowo z Łazienkami. Pracownicy Łazienek, straży muzealnej i ogrodnicy, którzy tutaj są w terenie, wiedzą o tym, żeby nas poinformować, jak zobaczą nurogęsi. To jest fajne, bo współpracujemy z różnymi instytucjami, z różnymi osobami, ale chyba najbardziej wartościowa jest ta współpraca właśnie z wolontariuszami. Oni robią tutaj kawał dobrej roboty, bo przez te dwa miesiące chodzą i chodzą i chodzą, i patrzą.
Bogna Świątkowska: Chyba nurogęsi są takimi ambasadorkami wiedzy o różnorodnym sąsiedztwie, w którym jesteśmy w mieście.
Stefan Bobrowski: Tak, trochę w tym celu je wykorzystujemy. Nie są biedne tego świadome, ale tak, przez to, że o nich jest głośno i jest moment w ciągu roku, kiedy faktycznie wszyscy chcą o nich pisać, chcą je pokazywać, odbieramy mnóstwo telefonów z pytaniem, czy już idą. Wykorzystujemy to, żeby trochę opowiadać o tej naszej dzikiej przyrodzie w Warszawie. Ich nie ma za dużo, bo to jest 6–7 rodzin w ciągu roku, więc skala dosyć mała, ale przy okazji możemy powiedzieć o płazach, możemy powiedzieć o nietoperzach, możemy powiedzieć o małych gryzoniach. Możemy powiedzieć o tym, dlaczego zarządzając parkami zostawiamy w nich strefy, które są bardziej dedykowane właśnie zwierzętom niż nam, ludziom, niż naszym psom. Dlaczego je odgradzamy, dlaczego trochę zaniedbujemy je i czemu to służy. Więc tak, są ambasadorkami tej warszawskiej przyrody i myślę, że to jest fajne.
Chodźmy dalej, zobaczymy puszczyka, może będzie.
Taki jest tytuł wystawy, w której artystka Dominika Łabądź prowadzi nas po ekologicznych i społecznych ruinach kapitalizmu, gdzie ze szczelin i pęknięć wyłaniają się nowe ekosystemy. Wystawa jest jak zdziczały ogród pełen śladów działalności ludzkiej, ale tętniący już własnym życiem. To, co jest nie do pomyślenia, w tej różnorodnej przestrzeni bytów i procesów, działa. O tym co kryje się w tytule wystawy „Czego nie możemy pomyśleć?” prezentowanej do końca kwietnia we wrocławskiej 66P – Subiektywnej Instytucji Kultury, rozmawiamy z autorką wystawy oraz kuratorką – Joanną Synowiec.
Dominika Łabądź: Przejęłam w zasadzie to pytanie od Foucault, z książki „Słowa i rzeczy”. W tej książce próbuje on opisać sposób myślenia ludzi w różnych epokach, sugeruje nam, czy też udowadnia, że ten sposób myślenia zawsze jest determinowany historycznie i kulturowo. Ja trochę zadaję to pytanie też sama sobie i eksploruję całe to pole w różny sposób.
To jest pytanie o granicę epistemologiczną, czyli tę możliwość poznawczą, jaką mamy i czy jesteśmy w stanie wyjść poza ten sposób myślenia, który został niejako nam narzucony. Nikt nigdy nas nie pytał o to, w jakim świecie chcemy żyć, tylko przez wieki tak naprawdę ten sposób myślenia jest budowany. Foucault – mówiąc o determinowaniu naszego myślenia historycznie czy kulturowo – mówi jednocześnie, że są inne sposoby myślenia, możemy się nimi interesować, możemy się nimi fascynować, możemy spróbować je rozpoznać, na przykład sposób myślenia w innych epokach i w innych kulturach, natomiast nie jesteśmy w stanie myśleć w tych kategoriach.
Stawiam pytanie o to, czy jesteśmy w stanie wyjść poza ekologię kapitalistyczną i czy jesteśmy w stanie znaleźć sposób na wyjście z kryzysu ekologicznego, tego reżimu ekologicznego, w momencie, w którym ten sposób myślenia został zbudowany właśnie na polu ekologii kapitalistycznej. Nie wiem, czy nie zagmatwałam za bardzo.
Bogna Świątkowska: O czym ta wystawa jest i co jest jej fundamentem? Jest w niej zawarta sprzeczność. Posługujemy się poznaniem, posługujemy się językiem, robimy to po to, żeby okiełznać ten świat. Negatywne skutki niewrażliwego na inne narracje języka czy sposobu rozumienia świata, który współdzielimy z innymi istotami, wydają się być bardzo ważnym fundamentem dla waszej pracy.
Joanna Synowiec: Paradoks tej wystawy – to, że my pytamy, czego nie możemy pomyśleć, i potem budowanie narracyjności poprzez słowa w pracy Dominiki – jest dla nas jasny. Dominika wykorzystuje to, że w słowach, które wykorzystywane są do przemocy wobec zwierząt, szukamy też nowych znaczeń, odwołując się do źródeł tych znaczeń i pokazując, że te znaczenia potem przekładają się na to, jak człowiek wykorzystywał naturę, przyrodę czy zwierzęta. Ten paradoks jest przez nas wykorzystywany do pokazania tego, że nawet jeżeli nie jesteśmy wszystkiego w stanie przemyśleć czy zobaczyć inaczej, to fakt, że zobaczymy źródło tego znaczenia, pozwala nam już rozszczelnić pewne granice.
Ja się posługuję takim przykładem z Historii świata w siedmiu tanich rzeczach Raja Patela i Jasona Moore’a, którzy piszą bardzo prostą rzecz: w 1330 roku „dziki” oznaczał nieugięty, śmiały, i słowo „dziki” miało znaczenie bardzo pozytywne. Chwilę później Krzysztof Kolumb dociera do Karaibów i „dziki” oznacza kogoś przynależnego do świata przyrody, który należy eksploatować, zdobyć, należy usadowić się w ten sposób, że biały człowiek jest władcą przyrody i dzikiego człowieka. To jedno słowo pokazuje napięcie zmiany i tego, co można z tą zmianą zrobić. Z kogoś nieugiętego, nieustraszonego i bardzo śmiałego stajemy się po prostu kimś, kto jest podległy, przynależny czemuś, co może człowiek biały eksploatować.
To napięcie pojawia się w wielu miejscach pracy Dominiki i my z tym pracujemy, żeby właśnie móc pomyśleć co innego. Mi się wydaje, że w filozofii bardzo długo już filozofki i filozofowie pracują nad tym, żeby pewne pojęcia zmieniać, a moje doświadczenie mówi, że na przykład w feminizmie i jego wszystkich falach, emancypacja polegała też na tym, żeby zmieniać znaczenie pojęć, pokazując uwikłania we władzę, przemoc i podległość. W tej rozmowie jesteśmy trochę jakimś kolejnym etapem myślenia. Donna Haraway, na którą Dominika się powołuje, jest wywodzi się z feminizmu, a dzisiaj w tym nurcie posthumanistycznym tworzy szerszą perspektywę uznania też osób nieludzkich i całej tej struktury sieci, relacji z przyrodą jako tej podmiotowej.
Punktem wyjścia jest proste rozpoznanie: sport i rekreacja nie są dodatkiem do miasta, tylko jednym z narzędzi czytania jego przemian. Miasto w ruchu, czyli projekt poświęcony kulturze sportów miejskich Warszawy, pokazuje ruch jako zjawisko społeczne, historyczne i przestrzenne zarazem. W programie znalazły się wykłady, dyskusje i spacery prowadzące przez miejsca dobrze znane i te mniej oczywiste — od Agrykoli i kampusu AWF po Warszawiankę, Skrę i wiślane trasy aktywności. Zamiast opowieści o zdrowym stylu życia dostajemy tu raczej pytanie o to, jak ruch organizuje relacje między architekturą, dostępnością, wspólnotą i miejską codziennością. To projekt, który pozwala spojrzeć na Warszawę nie z poziomu planu, lecz praktyki: tego, jak ciało porusza się po mieście i co to mówi o samej stolicy. O projekcie, którego szczegółów szukajcie na stronie warszawskiego pawilonu architektury ZODIAK i o wydarzeniach, do których nas Miasto w ruchu zaprasza, rozmawialiśmy z architektką Moniką Wróbel z fundacji Skwer Sportów Miejskich.
Monika Wróbel: Nasz projekt nazywa się Miasto w ruchu. Kultura sportów miejskich Warszawy. Jest to projekt badawczo–edukacyjny, który służy nam, ale też myślę, że wszystkim zainteresowanym, rozszczelnieniu rozumienia kultury fizycznej jako czegoś, co może łączyć ruch, aktywność fizyczną, miasto, architekturę, sztukę. Przyglądamy się różnym aspektom ruchu w mieście, z ekspertami, socjologami, sportowcami, kulturoznawcami, po to, żeby pokazać, że drogi do aktywności fizycznej mogą być różne. W Mieście w ruchu poruszamy się po różnych, wydawałoby się, odległych od sportu i aktywności fizycznej polach.
W wykładzie, który już co prawda się odbył, mogliśmy posłuchać o relacji sztuki, aktywizmu miejskiego i sportu. Razem z Olą Litorowicz przyglądaliśmy się temu, jak aktywność fizyczna, sportowcy i różne inne zjawiska związane z kulturą fizyczną pojawiają się na przykład w postaci pomników i murali na ulicach Warszawy. Rozmawialiśmy z naszymi wspaniałymi gośćmi właśnie o tym, jak różne praktyki kulturowe łączą w sobie sport i sztukę. Z jednym z tych gości, z Henrykiem Kwiatkiem, już 9 maja będziemy mieli okazję wybrać się w ekscytujący rajd szlakiem wiślanych aktywności. Startujemy w Porcie Czerniakowskim i jedziemy na rowerach do Portu Żerańskiego, wielokrotnie przekraczając Wisłę i zatrzymując się w różnych nieoczekiwanych miejscach związanych z kulturą, sztuką, ale też historycznymi aktywnościami nad Wisłą. Rzeczywiście w tym projekcie bardzo często sięgamy też do historii sportu czy aktywności fizycznej w Warszawie i uważamy, że jest to niezwykła skarbnica, która pozwala nam patrzeć, jak różnie się w Warszawie ruszano w zależności od klimatu i różnych uwarunkowań społeczno-ekonomicznych. Razem z Kamilem Potrzuskim, doktorem, historykiem sportu z Akademii Wychowania Fizycznego, sięgamy do różnych archiwaliów, do warszawskich czasopism, korzystamy z jego bogatej wiedzy i staramy się wyciągać coś, co może nam pomóc myśleć inaczej o sporcie, w przyszłości czy teraz. 21 kwietnia w Zodiaku o godzinie 18, Kamil Potrzuski przygotuje dla nas, mieszkańców Warszawy, wykład Igrzyska Olimpijskie w Warszawie. Niezrealizowane wizje. Otóż okazuje się, że myśmy te przymiarki do igrzysk w historii naszego miasta mieli już kilkukrotnie. Myślę, że warto się z tym zmierzyć i zobaczyć, jak to podejście, jak te wizje wyglądały.
Po każdym wykładzie zawsze mamy ciekawą debatę, która chyba właśnie nam pozwala robić takie projekcje na przyszłość. Te wydarzenia, które się dzieją teraz w Zodiaku, nasze spacery, wykłady, dyskusje, spotkania służą nam również w przygotowaniu wystawy, która rusza 6 sierpnia – w wakacje, wtedy, kiedy możemy się jeszcze cieszyć tą świetną pogodą i myśleć o ruchu w mieście, w przestrzeni publicznej, na zewnątrz. Na wystawie będziemy chcieli pokazać, że ruch i aktywność fizyczna – mimo, że od lat słyszymy, że sport to zdrowie – jest rzeczywiście taką naszą świetną receptą na szczęście. Zarówno nas jako pojedynczych osób z własnymi celami, z własnymi wyzwaniami, ale też nas jako społeczności miejskiej. Będziemy przyglądać się różnym wątkom i pokazywać, jak w Warszawie splatał się sport, ruch i różne przemiany społeczno-gospodarcze. Będziemy patrzeć, jak topografia Warszawy, jej klimat, jej ukształtowanie wpływa na to, jak się w mieście ruszamy. I wreszcie takim niezwykle ważnym dla nas, dla Skweru Sportów Miejskich wątkiem jest to, jak projektowanie przestrzeni, jak architektura i urbanistyka mogą wspierać to, jak ruszamy się w mieście.
Projekt Powłoki i pancerze łączy wątki sztuki, dizajnu, botaniki, narratologii i bioinżynierii. Osią jest praca nad kostiumem, który miałby poszerzać ludzkie sensorium i reagować na sygnały pozawizualne: drgania, zmiany temperatury czy bodźce zapachowe. Pokazywane na wystawie prototypy są spekulatywnymi modelami funkcjonowania ciała w warunkach kryzysu, migracji i środowiskowej nieprzyjazności. Wśród testowanych form pojawiają się stroje–schrony, stroje do kompostowania i podwyższania wilgotności, zewnętrzne archiwa emocji i wspomnień, a także stroje dla zbieraczek i nomadek, stroje-łona oraz stroje-groby. Projekt stawia pytanie o zmysły, których jako ludzie jeszcze nie wykształciliśmy, i o możliwe formy międzygatunkowej współpracy.
O wystawie prezentującej rezultaty projektu, którą można oglądać do końca sierpnia w Instytucie Dizajnu w Kielcach, rozmawiamy z jej kuratorką – Martą Lisok.
Marta Lisok: Powłoki i pancerze to projekt, który przygotowaliśmy na zaproszenie Instytutu Designu w Kielcach. W projekcie wzięło udział 19 osób, które prowadzą badania zarówno nad biomateriałami, jak i tradycyjnymi technikami tkackimi, ale też nad tkaninami, które są wzbogacone technologicznie. Łącząc tytuł z obszarem zainteresowań osób, które brały udział w projekcie, można dojść do wniosku, że ten projekt dotyczy tkaniny, myślenia o tkaninie, modzie, zrównoważonym rozwoju, o tym, w jaki sposób będziemy się komunikować w przyszłości. Jakich zmysłów będziemy używać, jakich zmysłów jeszcze cywilizacyjnie nie wykształciliśmy, a o jakich zapomnieliśmy.
Wszystkie osoby, które wzięły udział czy odpowiedziały na zaproszenie do projektu, przygotowują instalacje, obiekty czy tkaniny, w których bardzo istotna jest kategoria warstwowości. Bez względu na to, czy zajmują się designem, projektowaniem, sztuką, czy też narratologią, bo również takie osoby wzięły udział w tym projekcie, myślą przez warstwy. Metafora warstw jest dla nas ważna dlatego, że zastanawiamy się nad tym, w jaki sposób będzie funkcjonowało ludzkie ciało w przyszłości, widząc, odczuwając za pomocą innych kanałów sensorycznych, rozszerzonych kanałów sensorycznych, których działanie mogłoby wychodzić poza dotychczasowe ludzkie sensorium i mogłoby być inspirowane sposobami odczuwania i komunikowania się innych gatunków. Te inspiracje płyną zarówno od grzybów, mikroorganizmów, roślin, ale też część osób, które prezentują swoje prace na wystawie, inspirowała się chociażby dynamiką termiczną gadów, więc możemy się wiele nauczyć od innych gatunków, to jest oczywiste. Pytanie, jak zaimplementować tę wiedzę w kontekście mody przyszłości, zrównoważonej mody?
Jest kilka prac na wystawie, z którymi można wchodzić w interakcje. Jedną z prac na wystawie, która zachęca do tego, żeby wejść z nią w bezpośrednią relację, jest instalacja autorstwa Igi Węglińskiej, projektantki związanej z Akademią Sztuki w Szczecinie. Praca nosi tytuł Frisson, z francuskiego dreszcz bądź gęsia skórka. Iga Węglińska w ramach serii prototypów, strojów, protez zmysłów, stworzyła instalację, która reaguje na dźwięki idące z otoczenia i powodujące, że obiekt, pewnego rodzaju płaszcz, zaczyna drgać, zaczyna się jeżyć, zaczyna wchodzić w wibracje. Projektantka odwołała się do takiego atawistycznego zachowania, które tylko częściowo możemy dzisiaj u siebie jako u ludzi obserwować. To jest taka sytuacja, która powoduje u nas, jako ludzi, pewnego rodzaju lęk czy niepokój. Najczęściej jest to właśnie jakiś niespodziewany głośny dźwięk, który powoduje u nas ową gęsią skórę, czyli stroszenie włosków na powierzchni naszego ciała. Oczywiście mamy ich dzisiaj znacznie mniej niż nasi przodkowie i przodkinie, więc ten płaszcz, ten kostium-proteza autorstwa Igi Węglińskiej ma nam przypominać o tym, w jaki sposób reagowało ciało u zarania dziejów, u zarania historii.
Wystawa DYPLOM w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej Znaki Czasu to przegląd najlepszych prac dyplomowych obronionych w 2025 roku na Wydziale Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Zobaczyć można realizacje kilkudziesięciu absolwentek i absolwentów, reprezentujące nie tylko praktyki artystyczne, projekty graficzne, ale także działania konserwatorskie oraz projekty teoretyczno–badawcze.
Jak się projektuje taką wystawę? O tym mówi nam współkuratorka ekspozycji Agnieszka Basak–Wysota.
Agnieszka Basak-Wysota: Nasza rola kuratorska jest troszkę inna niż rozumienie roli kuratorek czy osób kuratorskich w realizacji wystawy, ponieważ nie dobierałyśmy osób do wystawy, dostałyśmy po prostu zestaw klocków, z których trzeba było coś zbudować. Na szczęście dla nas, a być może na nieszczęście dla osób, których prace są tam prezentowane, mogłyśmy kilka klocków danej osoby odjąć. To znaczy, że właściwie nasza praca kuratorska polegała na tym, aby w danej przestrzeni, o danych parametrach, również kolorystycznych, stworzyć ekspozycję, w której wystawa zafunkcjonuje jako – z założenia – całość, może nie jednorodna, bo to też nie o to chodzi, ale całość, którą się w jakiś sposób czyta, a jednocześnie każdy z uczestników i uczestniczek zachowa pewną autonomię, która jest związana z tym podsumowaniem czasu studiów. Bardzo duże skupienie jest na tym, żeby uświęcić tę pracę włożoną w realizację dyplomu, dla każdej z osób, której prace są prezentowane, a jednocześnie na balansie cały czas trzymać myślenie o całej wystawie. Było to bardzo duże wyzwanie. Cieszę się, że pracowałyśmy we dwie, mogłyśmy w ten sposób potwierdzać sobie lub weryfikować nasze myśli. Co było tutaj trudnością, to to, że w ramach danej prezentacji nie mogłyśmy tworzyć nowych bytów, a czasami bardzo było kuszące, żeby dokonać jakichś takich bardzo eksperymentalnych form, czy prezentacji, czy jakichś zupełnie radykalnych rozwiązań.
Pozwoliłyśmy sobie na drobne, nie mogłyśmy już wytrzymać, rozwiązania pokazujące, jak można podejść do ekspozycji obrazów i w ogóle do ekspozycji. Myślę, że to jest ważna lekcja dla wszystkich osób, które nie mają jeszcze tego doświadczenia. I nie jest to w żaden sposób osądzające, żeby było jasne. Myślę raczej o tym, że jest to też element, który podlega edukacji, trzeba po prostu przełamywać te schematy. Obiekt, który najczęściej jest prezentowany na płaszczyźnie, może zafunkcjonować jako jakiś autonomiczny obiekt w przestrzeni. Co się wtedy zadzieje, jak zmienia się kontekst, czy wzmacnia założenia? To właściwie była taka zabawa i badanie tych granic w ramach ich nieprzekraczania, ale myślenia o tym, żeby ekspozycja miała znamiona świeżości, bo o tym jest właściwie ta wystawa. Ciągoty do przestrzenności, do oddzielenia od płaszczyzny, w tym byłyśmy absolutnie zgodne. Ale tak jak powiedziałam, bardzo ważny był ten aspekt, żeby nie tworzyć nowego bytu.
Justyna Permus–Całańska z malarstwem i ze szkłem kolorowym, Tomasz Lingo z grafiką, gdzie forma oraz cień tworzą całość prezentacji i Michalina Dębińska ze swoimi odwołaniami do, powiedziałabym, jakichś kultur pierwotnych – to są trzy ekspozycje, nad którymi najwięcej pracowałyśmy. Właśnie ze względu na to, że to była sytuacja w przestrzeni i umiejscowienie tego w odpowiedni sposób, aby z każdego punktu ta ekspozycja miała sens, wymagało tego, co lubimy najbardziej, czyli absolutnego zaangażowania. Co nie zmienia faktu, że każda inna autorka czy autor spotykała się z tą samą atencją, natomiast faktycznie to wyjście w przestrzeń było czymś, co sprawiało nam ogromną frajdę. Myślę, że to wszystko fajnie się zgrało.
Co roku, to jest też ciekawe i myślę, że to jest bardzo dobry zabieg stosowany na Wydziale, działa inny zespół kuratorski bądź inna osoba kuratorska, co powiększa krąg osób z podobnymi doświadczeniami przy realizacji tej wystawy. Tworzy się większa grupa mogąca wymieniać doświadczenia, a co najważniejsze, gwarantuje to pewną różnorodność podejścia do samej ekspozycji. Tak jak powiedziałam, tutaj uruchomiłyśmy trochę zapędy rzeźbiarskie, ale z racji działania kolorem te malarskie też są bardzo czytelne, więc bardzo się cieszymy, że te dwa aspekty mogły tutaj fajnie zafunkcjonować. No i tutaj powiedziałam o tym, że zespół co roku się zmienia, ale zawsze jest ta sama zasada, że te klocki trzeba złożyć po swojemu.
Nagrodę dla najlepszego pawilonu Malta Biennale 2026 zdobyła wystawa Redefining. Polish–Ghanaian Textile Narratives prezentująca prace tekstylne artystek z Ghany i z Polski: Ernestiny Mansa Doku, Marty Nadolle i Elizy Proszczuk. Pawilon odwołuje się do historii solidarności i współpracy między oboma krajami po 1957 r., kiedy to Ghana zdobyła niepodległość. Tkanina jest tu narzędziem opowiadania o relacjach, historii, polityce i intymności.
O tym jak powstawała przepiękna praca We Miss You, opowiada nam jej autorka, Marta Nadolle, a Malta Biennale zaprasza do 23.05.2026.
Marta Nadolle: Na wystawie pojawiła się praca tekstylna, która przedstawia dwa budynki. Jeden jest z Polski, drugi jest z Ghany. Od takiej technicznej strony to są po prostu dwie zasłony dwustronne. Z jednej strony zasłony mamy fasadę budynku, a z drugiej jest wnętrze i to, co się może znaleźć we wnętrzu. Historia polega na tym, że zaczęło się to wszystko w Ghanie, gdzie zostałam zaproszona, aby poprowadzić warsztaty w szkole Kids Heaven w Akrze z dziećmi z Ghany, i przygotowałam dla tych dzieci malutkie kąciki tekstylne.
Na tych materiałach mieliśmy stworzyć tradycyjne budynki z Polski albo z Ghany, dwustronne – z drugiej strony dzieci miały wymyślić, co się dzieje w środku. Finalnie zawiesiliśmy te domki w bardzo przypadkowej kolejności w oknie, tak, by stworzyły różnorodne miasto, takie, gdzie np. koło architektury typowo wschodniej pojawia się pruski mur albo dom Dagomba, albo domki Aszanty. W sumie wzięłam ten pomysł z obserwacji, jakie mam w miastach, gdzie znajdziemy również np. jakiś budynek, który pochodzi z niefajnego etapu w historii naszego kraju. Ale mimo wszystko, w związku z tym, że on nadal jest, to uważam, że jest to jakaś forma akceptacji. I chciałam, żeby w ten sposób architektura była lekcją akceptacji.
To także jest projekt, to chyba najważniejsze, który opowiada przede wszystkim o wspólnocie, o tym, że można być w różnych wspólnotach. To nie musi być wspólnota, która polega na tym, że mamy bardzo dużo wspólnych mianowników, tylko że ta wspólnota jest różnorodna i po prostu przebywanie w niej ma duże korzyści i jest tym, czego myślę, że wielu ludziom teraz potrzeba i za czym tęsknimy.
Te dwie tkaniny, które znajdziemy w pawilonie, to już nie jest tradycyjne budownictwo ani z Ghany, ani z Polski. Jeden budynek to szkoła z Akry, a drugi to jest mój dom rodzinny. Właśnie w tej szkole w Akrze są warsztaty i pokazałam proces, jak tworzymy to miasto. We wnętrzu domu rodzinnego przedstawiłam po prostu wigilię. To też jest dosyć ciekawa sytuacja, bo tak jak wspomniałam, to nie jest tradycyjne budownictwo, chociaż ten budynek z Akry ma coś w sobie z takiego ich brutalizmu, ale mój dom rodzinny to nie jest tradycyjny polski dom. Ten dom, jeśli chodzi o kwestie wizualne, był inspirowany American Farmhousem, co myślę, że też mówi troszeczkę o naszym podejściu, o pragnieniach, marzeniach i takim trochę nieumiejętnym kontynuowaniu naszej kultury. Może o jakichś unikach, szukaniu zbyt często inspiracji gdzie indziej?
Chciałam przedstawić jakąś sytuację z Polski, gdzie jest ta wspólnota, więc stwierdziłam, że akurat to będzie dla mnie najbardziej naturalne, że to będzie właśnie mój dom rodzinny. Sytuacja, gdzie wszyscy jesteśmy razem, to ta wigilia. Mnie nie ma na tej wigilii. To była wigilia w roku, kiedy spędziłam ją z rodziną mojego chłopaka i tam jest właśnie moment, kiedy mama dzwoni do mnie na wideorozmowie i ja jestem w tym telefonie i wtedy pojawia się tytuł pracy: We miss you, czyli Tęsknimy za tobą, co nie tyczy się tylko tej sytuacji, ale myślę, że obydwu tych tkanin, czyli jest to taka tęsknota grupy za tą jedną osobą i może też zaproszenie tej osoby do bycia.
W tym odcinku to już wszystko!
Pełne wersje rozmów znajdziecie w naszym kanale podkastowym Bęc Radio oraz w drukowanym i elektronicznym wydaniu czasopisma NN6T. Wydań papierowych szukajcie w instytucjach kultury, w galeriach, miejscach spotkań, uczelniach twórczych i oczywiście w Bęc Księgarni przy Mokotowskiej 65 w Warszawie.
Rozmowy: Bogna Świątkowska
Oprawa muzyczno-dźwiękowa: Julia Szostek
Transkrypcje: Olka Dąbrowska
To tyle.
Tymczasem! Do następnego razu!
Tracklista: Miki Tkacz – FM Jam
Ewa Sad – Grzyby
Ewa Sad – Cisza (Closterkeller Rework)
SSRI – BEEEEEEAT
Hage-o – Dinner
Bazgrołki – Meduzy
Złota Jesień – Kraina dni
Powstawanie audycji 6 TEMATÓW jest w tym roku dofinansowane ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury
