Zapraszać do innego spojrzenia
O więzi z naturą, ochronności na trudne czasy, wypaleniach i ratunku, jaki przynosi ciekawość, z artystką Pauliną Mirowską rozmawia Aleksandra Litorowicz
Otworzyłaś właśnie instalację Pająk ochronny, część Formacji na topoli białej, prawdopodobnie samosiejce z lat 60., która góruje nad modernistycznym kompleksem dawnych szkół przy ul. Emilii Plater w Warszawie. Czym są te pająki, zwane też pawukami czy światami?
To obecna w wielu kulturach wschodnich – m.in. polskiej, w tym łowickiej, podlaskiej, kurpiowskiej, a także ukraińskiej, białoruskiej, litewskiej, a nawet skandynawskiej – konstrukcja ze słomy, tworzona w gospodarstwie wiejskim po żniwach, głównie przez kobiety. Pawuki zawieszano w reprezentacyjnym miejscu w domu – w dużej izbie, kuchni, przy dużym oknie, gdzie pełniły funkcję ochronnego amuletu. Odganiały złe duchy i nieszczęście, zapewniały żyzność plonów w nadchodzącym roku i spełnienie nadziei. Z czasem nabrały bardziej dekoracyjnego charakteru. Zaczęto je traktować jako przystrojenie, ozdobę – pojawia się nawet określenie „żyrandole wiejskie”, często używane pejoratywnie. W ten sposób pawuki zaczęły odchodzić od sfery rytualnej w stronę funkcji dekoracyjnej.

Paulina Mirowska Pająk Ochronny, Ogród Wytchnieniowy w Komunie Warszawa, 2025, Fundacja Puszka, fot. Piotr Matey
Jak pawuki pojawiły się w twoim życiu?
Kiedy tylko uda mi się znaleźć chwilę wolnego czasu, uciekam na działkę, nad Bug, gdzie mogę złapać oddech od przebodźcowania i oceanu obowiązków. Podczas codziennych spacerów z psem eksploruję wiele gatunków roślin pod kątem kształtów, faktur, mechanizmów nasiennych. Często zbieram napotkany susz, odłamane z roślin fragmenty, struktury, a następnie na działkowym ganku łączę je w nieokreślone, spontaniczne formy. Nie traktuję tego jako pracy artystycznej. Mimo że uwielbiam czas twórczy, to jest on pracą, często w mojej praktyce obszerną badawczo. Dużo czytam, testuję, projektuję, szkicuję – i po chwili, nawet na tej działce, zdaję sobie sprawę, że ja w zasadzie nigdy nie odpoczywam. I właśnie to robienie „pająków” mnie uwalnia. Później często wieszam te konstrukcje w domku na działce albo między drzewami i lubię przez następne miesiące z nimi obcować, obserwować je. Zasiedlają je porosty, grzyby, chodzą po nich mrówki, zamieszkują tam pająki. Ciekawi mnie, jak te formy się zmieniają, przepotwarzają, a w końcu deformują się, kompostują i wracają do obiegu.
Czy od początku wiedziałaś, że wykonujesz pawuki zaczerpnięte z kultury ludowej?
Absolutnie nie, traktowałam tę czynność wyciszająco. Kilka lat temu z powodu permanentnego wypalenia i poczucia bezsilności porzuciłam działania aktywistyczne na rzecz klimatu. Zaczęłam zastanawiać się nad tym, jak pospolite rośliny przystosowują się ewolucyjnie, żeby przetrwać niesprzyjające warunki. Ten temat – ich obronność, mechanizmy przetrwania, współpraca – poważnie mnie pochłonął. Z perspektywy czasu czuję, że w pewnym sensie szukałam też wówczas własnej siły. Potrzebowałam obrony przed destabilizacją i degradacją otaczającego mnie świata.
Chwilę później, 24 lutego, rozpoczęła się pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę. Bliskie mi osoby powracające z akcji humanitarnych przywoziły z Donbasu krajobrazy zniszczenia. Chciałam opowiedzieć i rozmawiać o tych pejzażach. Tak powstała praca o ostatnich naturalnych stepach w Europie, które obecnie znajdują się pod okupacją rosyjską i są unicestwiane przez czołgi. Opowieść o żyznej ziemi Ukrainy zaczęła nawiązywać do ludowości i historii – zboża, Wielkiego Głodu, oporu przed kolonizacją. Pająki ochronne, odnoszące się do starych wierzeń, stały się w mojej pracy symbolem ochrony ziem Wschodu przed najazdem agresora i destrukcją ekosystemów, jaką niesie za sobą wojna.
Zanim zajęłaś się roślinami pospolitymi, realizowałaś siedmioletni projekt poświęcony drzewom w mieście, zakończony wystawą Zredukowane. Skąd to długotrwałe zainteresowanie drzewami?
Pojawiło się dzięki dziadkowi, który nauczył mnie całej mojej wrażliwości i empatii. Był niesamowitym człowiekiem i najbliższą mi osobą. To on pokazał mi, jak patrzeć na naturę i pielęgnować relacje z ludźmi. Pochodził z wielodzietnej, wiejskiej rodziny z Rawy Mazowieckiej, gdzie jako najmłodszy pomagał w ogrodzie i sadzie. Po przeprowadzce do Warszawy stworzył na niewielkiej działce ROD w podwarszawskich Ząbkach namiastkę swojego poprzedniego życia. Rosły tam warzywa, owoce, kwiaty, grusza, jabłoń, śliwa, a ja uczestniczyłam w ich pielęgnowaniu, dziedzicząc po dziadku te obowiązki i przyjemności.

Paulina Mirowska, Zdredukowane, fotografia, 2021, dzięki uprzejmości artystki
Grusza na działce cały czas marniała i z roku na rok stawała się coraz słabsza. Dziadka cieszyła każda gruszka – przywoził mi je do przedszkola, a następnie do szkoły. Z czasem drzewo stało się jedynie chorym konarem, a ja pokochałam je za opiekę, jaką otaczał je dziadek. Zaczęłam je fotografować i te zdjęcia są dla mnie wciąż bardzo ważne. Kiedy minister Szyszko zdecydował o karczowaniu Puszczy Białowieskiej, włączyłam się w aktywizm związany z jej obroną. Chciałam pomóc, nie dopuszczając do wycinania drzew i degradacji puszczy dla zysku. Dopiero jakiś czas temu uświadomiłam sobie, że mój aktywizm na rzecz ochrony przyrody może być przejawem misyjności wynikającej z mojej relacji z dziadkiem i jego nauk.
Mówisz o sobie jako o wypalonej aktywistce. Powiesz coś więcej na ten temat?
Pochodzę ze środowiska, w którym demonstracje, blokady i walka o zmiany są ważnym elementem życia. W wieku 12 lat po raz pierwszy uczestniczyłam w demonstracji Fundacji Viva! przeciwko rzeźni koni, potem były demonstracje przeciwko faszyzmowi i nacjonalizmowi, walka z gentryfikacją i wysiedlaniem ludzi z ich mieszkań, protesty spowodowane zamordowaniem Jolanty Brzeskiej. To była często ekstremalna forma obrony swoich wartości przed destrukcyjnymi wartościami grupy przeciwnej – uliczność, skandowanie, komunikowanie miastu, że jest problem. Kiedy na świecie zaczęto alarmować o poważnie przyspieszonych zmianach klimatu i o coraz większych dowodach na wpływ człowieka na te zmiany, zaangażowałam się we współorganizację manifestacji klimatycznych i wsparcie inicjatyw ekologicznych. Był to intensywny czas działań i poszukiwań odpowiedniej formy, by dotrzeć do jak największej liczby ludzi, by mocniej wywierać presję na władzę i politykę węglową naszego kraju. Niestety skala problemu i przerażający poziom wyparcia bardzo szybko wypaliły moją energię do działania. Zatrzymałam się i poczułam, że to nie moja narracja, że nie czuję się z nią komfortowo. Nie chcę mówić ludziom, że ich działania, a w wielu kwestiach bierność i nieświadomość, są przerażające – wolę zapraszać ich do spojrzenia na życie inaczej.
Jak przeszłaś ten moment?
Zupełnie przestałam tworzyć. Starałam się edukować. Zaczęłam dużo czytać o roślinach, ich mechanizmach nasiennych, relacjach i systemach obronnych. Poszukiwałam innej narracji. Uczyłam się o początkach życia i ewolucji i właśnie to w pewnej chwili nakręciło mnie do tworzenia.

Paulina Mirowska Iglica Pospolita, fotografia, fragment projektu Formacja, 2023, dzięki uprzejmości artystki
Systemy nasienne pokazałaś na wystawie Pospolite Vulgaris w Galerii Pracownia Wschodnia. Było na niej dużo wiedzy biologicznej, naukowej, pokazanej w sposób wizualny, co stało się dla mnie znakiem rozpoznawczym twoich roślinnych i ewolucyjnych rozpoznań. Jak pracowałaś nad tym językiem?
W Pospolite Vulgaris pokazałam systemy nasienne różnych roślin, które znajdowałam – ich budowę, haki, spadochrony, bomby, kolce; pojawił się też kontekst militarny. Interesował mnie również fakt, że wiele z nich jest toksycznych dla człowieka, jeśli przyjmiemy je w określonej dawce. Było np. o robinii akacjowej, która ma niesamowity system korzeniowy i jest dość agresywnym gatunkiem – rozrasta się, wypuszcza odrosty, zagarnia przestrzeń mniejszych drzew. Ma pokaźne ciernie, a jej zjawiskowe w kształcie i zapachu grona kwiatowe przyciągają całe chmary zapylaczy. To niesamowite połączenie piękna z drapieżnością.
Najbardziej zależało mi, żeby ludzie poczuli ten zachwyt, który ja czułam, poznając niezłomność roślin. Bo przecież roślina jest teoretycznie uziemiona – nasiono spadło w konkretne miejsce i musi w nim żyć. A jednak wciąż działa dynamicznie, rozpylając nasiona, reagując na słońce, wiatr, warunki środowiska.
Jesteś w tych warunkach, a nie innych.
Otóż to. Ta determinacja mimo statyczności niesamowicie mnie zafrapowała i pomogła w moim wypaleniu – kiedy byłam zblokowana, kiedy czułam, że nic się nie uda.
Pokazywałaś te nasiona w powiększeniu na fotografiach, ale można również było je obejrzeć przez lupkę.
Chciałam, żeby ludzie mogli być naprawdę blisko tego niewielkiego nasiona i na słuchawkach słyszeć, jak ono może im zaszkodzić – a nawet ich unicestwić. Trzeba było się do niego przybliżyć, skupić na nim wzrok i uwagę. Zmiana skali zadziałała jeszcze w innym wymiarze – bo zwykle myślimy, że jesteśmy ważniejsi od roślin, możemy je z łatwością podeptać, wyrwać. Tymczasem dostajesz informację, że takie maleństwo może zrobić coś złego z twoim organizmem. To odwrócenie hierarchii – trochę jakby przypomnienie, że nie tylko my mamy siłę, one też ją mają. Co więcej, one nie uciekają w sytuacji zagrożenia. Nie mają możliwości schowania się, gdy jest zimno, gdy zbliża się pożar. Zamiast tego muszą wypracować strategie głęboko ewolucyjne, by przetrwać.
Tak sobie myślę, że to nadal rzadki sposób mówienia o przyrodzie: że rośliny mają siłę, sprawczość, że możemy wiele się od nich nauczyć.
A jeśli ktoś zobaczy w roślinie siłę, albo choćby jej symboliczny wpływ na swoje życie, to może pojawi się w nim poczucie współobecności czy szacunku – że jesteśmy silnymi gatunkami współistniejącymi na tej samej planecie. W ogóle uważam, że ciekawość daje niesamowitą nadzieję na zmianę. Bo jeśli ludzie będą bardziej ciekawi tego, co dzieje się wokół – zarówno na poziomie relacji międzyludzkich, jak i w relacji z naturą – to ta ciekawość może prowadzić do ogromnych, pozytywnych zmian. Do prawdziwej troski o życie.
To dlatego zaczęłam działać w ruchach klimatycznych. Mam przeczucie – które cały czas we mnie siedzi – że wiele osób po prostu nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo szkodzi. Trudno połączyć niektóre fakty, np. to, że popularna maść z diklofenakiem doprowadziła do niemal całkowitego wyginięcia sępów w Indiach. W ten sposób wymazujemy gatunki z ewolucji, jakby nigdy nie istniały. Żeby zrozumieć te powiązania, trzeba mieć wiedzę, badać, analizować – i właśnie to odwrócenie perspektywy jest dla mnie ważne. Chcę pokazać, że rośliny też mają siłę. I są na Ziemi o wiele dłużej niż my. Przetrwały katastrofy, zlodowacenia, masowe wymierania – a życie wciąż trwa. To czysty, naturalny opór istnienia.
Właściwie przez cały czas żyłam nadzieją, że uda mi się pokazać swój zachwyt tym, jak życie w ogóle powstało – tym niesamowitym przypadkiem, zbiegiem okoliczności i pięknem, które nie chce umrzeć. Chciałam to przekazać wizualnie i tak powstała wystawa Trofia w Miejscu Projektów Zachęty. Była dla mnie bardzo trudna – miałam ogrom materiału i gęstą historię, którą chciałam przedstawić osobom bez głębokiej wiedzy naukowej. Choćby ten moment, kiedy na Ziemi pojawiły się odpowiednie warunki do powstania pierwszej, prawdopodobnie, komórki – ta cała niesamowita sekwencja zdarzeń, które musiały się złożyć, żeby powstała „zupa życia”. Musiała pojawić się woda. Musiały być wyładowania atmosferyczne wiążące związki chemiczne. Musiała także być materia, która spadała z kosmosu i mieszała się w praoceanie. No i, podejrzewam, dużo przypadku. I tak się wydarzyło – życie.
Wystawa pokazywała, jak symbolicznie mogła wyglądać ta pierwsza komórka. Przedstawiłaś to na fotogramie z chlorofilu, ale też na filmie o piorunach – dźwięk w słuchawkach był bardzo intensywny, czuć go było w całym ciele.
Boję się prądu. To jedyna nie-ludzka relacja, która naprawdę budzi we mnie lęk – właśnie dlatego, że jej nie rozumiem i nie widzę. Mam analityczny umysł, potrzebuję pojąć mechanizm, a w tym przypadku nie miałam żadnych narzędzi, żeby to zrobić. Dlatego zaczęłam współpracować z Politechniką Warszawską – z Wydziałem Elektrycznym i ich Halą Wysokich Napięć. Okazało się, że mają ciemnię, w której rejestrują wyładowania. Obecnie robią to na miernikach cyfrowych, ale w latach 80. ktoś rejestrował je fotograficznie. To był ciekawy proces, w którym inżynierowie Politechniki, Przemysław Sul i Paweł Kluge, razem ze mną cofnęli się do praktyki sprzed wielu lat i do archaicznych narzędzi – z komputera i monitorów przerzucili się na światłoczuły negatyw.

Paulina Mirowska, Wyładowania, skan negatywu, wyładowania ślizgowe, Trofia, 2024, dzięki uprzejmości artystki
Wiedziałam, że na wystawie o początkach życia musi też być ocean, w którym wszystko się zrodziło. Ale jak go pokazać? Dużo eksperymentowałam z chlorofilem, niezbędnym wielu roślinom do fotosyntezy – wyciągałam go z różnych roślin, próbowałam naświetlać, sprawdzać, jak reaguje. I cały czas nie mogłam znaleźć sposobu, żeby pokazać jego światłoczułość. Wtedy pomyślałam, że może to właśnie w tym znikaniu, w tej nietrwałości jest samo życie na tej wystawie – jakiś cykl, zmiana. W końcu razem z moim kolektywem P.H.U. Sitex zdecydowałam się wydrukować chlorofil w technice sitodruku na ścianie, licząc się z konsekwencjami, że może do końca jej istnienia chlorofil będzie wychodził w tym miejscu spod akrylu (śmiech).
Oprócz eseju o początkach życia stworzyłaś również część spekulatywną w postaci intrygujących, kruchych rzeźb – skojarzyły mi się one z kosmosem i nieznanymi cywilizacjami.
Ta narracja dotyczyła wizji przyszłości – świata, w którym może nas już nie ma, a rośliny ewoluują dalej, wykorzystując to, co po nas zostało. Wyciągają z ziemi nasze ślady – opiłki stali, żelaza, miedziane systemy z mechanizmów chłodzących – i budują z nich nową strukturę, przystosowaną do wyższych temperatur i niestabilnych warunków. Z tego powstały rzeźby przypominające mech, zbudowane z metalowych opiłków, inspirowane pierwszymi organizmami roślinnymi, które prawdopodobnie istniały na Ziemi.
Ciekawym doświadczeniem była praca nad rzeźbą z węgla w ramach otwartej wystawy Gdzie ktoś robi – tam ktoś patrzy w Galerii Pracownia Wschodnia – publiczność mogła obserwować proces tworzenia. Dorośli zwykle pytali: „jaka to roślina?”, a po usłyszeniu nazwy odchodzili zaspokojeni. Dzieci natomiast pytały: „dlaczego z węgla?”, „czemu tak wygląda?”, „kiedy żyła?” – i to ich pytania, wynikające z czystej ciekawości, otwierały zupełnie inną rozmowę. Wtedy zrozumiałam, że właśnie o to chodzi – o ciekawość jako przestrzeń do rozmowy o przyszłości i katastrofie klimatycznej.
Wróćmy do początku naszej rozmowy i topoli białej, na której zawiesiłaś zmilitaryzowanego pawuka wykonanego z materiałów z drugiego obiegu. Ta topola patrzy na wszystkie śródmiejskie zmiany, na powstawanie nowych wieżowców, na gentryfikację okolicy. Czeka na wpis jako pomnik przyrody, jednak ten nie może nadejść. A gdyby nadszedł – czy zatrzymałby zapisy z planu ogólnego, dopuszczające w tym miejscu budowę 125-metrowych wieżowców? Czy taki wymyk, oparty na sile topoli olbrzymki, byłby w ogóle możliwy?
Przez siedem lat, które zakończyły się wystawą Zredukowane, obserwowałam, jak ludzie skrajnie uprzedmiotawiają drzewa w mieście. Jak wsadzają je w stalowe dyby o określonej średnicy, ograniczające ich wzrost. Jak wycinają ponadstuletnie drzewa po to tylko, żeby postawić nowy budynek, zasłonić mieszkańcom słońce i po prostu unicestwić całe pozaludzkie sąsiedztwo. Drzewa muszą się niesamowicie naginać i dopasowywać do naszej cywilizacji. Ich systemy korzeniowe muszą wchodzić pod beton, rosną w tych metalowych obręczach, prostowane, przycinane, korygowane. Oczywiście często robi się to w trosce o ich zdrowie, żeby rosły „prawidłowo”, żeby nie zagrażały ludziom czy budynkom. Ale dla mnie to zawsze było trudne do oglądania. To był też moment, kiedy w Warszawie zaczęły upadać topole zasadzone po drugiej wojnie światowej. Czas, kiedy one już zdążyły urosnąć na tyle, że zaczynały się łamać, przewracać na niestabilnym dla roślin terenie.
I to jest taka pętla z Komuną Warszawa i pawukiem ochronnym na topoli. Łączy nas z Komuną wspólna historia – sąsiadowaliśmy z nią jako Pracownia Wschodnia w kamienicy na Lubelskiej, z której nas eksmitowano ze względu na katastrofę budowlaną. Od tego czasu, mimo nowych siedzib, jako niezależne miejsca kultury przeżywamy – i pewnie będziemy przeżywać – wieczną niepewność funkcjonowania. A topola może nie doczekać się miana pomnika przyrody i zostać wycięta pod wieżowiec, bo jest na drogiej i atrakcyjnej dla inwestorów działce. Stąd mój zmilitaryzowany pająk, który porusza wątek ochrony, potrzebę zabezpieczenia nie tylko miejskich terenów zielonych czy miejsc kultury w Warszawie, ale i stepów Ukrainy, ekosystemów oraz życia. Jak widać, nic się nigdy nie domyka.
Paulina Mirowska – zajmuje się oddolnymi formami samoorganizacji i oporu. Jej praktyka, mimo że opiera się na abstrakcyjnych ideach, zawsze pozostaje blisko rzeczywistości materialnej, koncentrując się na sposobach zrozumienia i odczucia, w jaki sposób części ekosystemu żyją i umierają oraz jak na siebie wpływają. Prowadzi II Pracownię Fotografii wspólnie z dr. Mariuszem Filipowiczem oraz Pracownię Podstaw Fotografii na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Jest członkinią Stowarzyszenia Pracownia Wschodnia oraz kolektywu P.H.U. Sitex.
https://paulinamirowska.eu

Paulina Mirowska na wystawie Trofia w Miejscu Projektów Zachęty, 2024, fot. Jakub Celej