menu

Pracownie do wglądu

Pracownia Michaliny Bigaj i Magdaleny Lazar, fot. Anna Stankiewicz, dzięki uprzejmości autorek projektu Pracownie do wglądu

Powstaje największa „baza” polskich pracowni artystycznych. Pracownie do wglądu są w zamierzeniu autorek projektem naukowym, badawczym i edukacyjnym. Dokumentacja opiera się na reportażach fotograficznych z pracowni współczesnych twórców autorstwa Anny Stankiewicz i towarzyszących im wywiadów z artystami i artystkami, przeprowadzanych przez Agnieszkę Jankowską-Marzec i Martynę Nowicką. Prezentujemy wybór materiałów dotyczących pracowni, które już zostały zdokumentowane.

Pracownia Agaty Kus

Pracownia Agaty Kus, fot. Anna Stankiewicz, dzięki uprzejmości autorek projektu Pracownie do wglądu

Agnieszka Jankowska-Marzec: Gdzie szukasz inspiracji dla swoich prac?

Agata Kus.: Maluję figuratywne kompozycje, więc trudno uwierzyć, że wszystko wydarza się spontanicznie, choć po części tak jest. Zwłaszcza w pracy nad budową swoich ostatnich olejnych obrazów dobieram i zestawiam elementy kolażu intuicyjnie. W efekcie nie stanowią one tylko prostej sumy estetycznej, lecz budują całkiem nową narrację znaczeniową.(…) Maluję dużo znajomych osób, sytuacji i miejsc, które zbieram w formie fotografii z różnych źródeł. Ostatnio zauważyłam, że moje malarstwo staje się coraz lżejsze, a samo malowanie jest już mniej bolesnym procesem niż w przeszłości.

A.J.M.: Będę jednak nieustępliwa, chcąc się dowiedzieć o to, co wpływa na Twoje działania twórcze, może jakieś bodźce spoza sztuk wizualnych?

A.K.: Te inspiracje zazwyczaj związane są ściśle ze środowiskami, w których przebywam, rozmowami z fajnymi ludźmi, współpracą z nimi. Czasem potrafię stworzyć serię obrazów, która rozpoczyna się od czegoś tak prostego jak słowo. Pomysł na całą serię Bliźniaków rozpoczął się od inspiracji słowem BLIZNA i zabiegów okaleczania postaci na obrazach przez wypalanie im dziur papierosem. Robił to wówczas gościnnie poeta Świetlicki. Później słowo ewoluowało, zrobiły się z tego BLIŹNIAKI – i to również odbiło się na budowanych scenach. Naturalnie przeszło to potem w multiplikację, mechaniczne powielania i odbicia. Lubię myśleć o swoich obrazach, jak o współczesnej poezji, której wersy nierzadko skonstruowane są z potocznych wyrazów i opisów codziennych zjawisk.

Pracownia Beaty Stankiewicz

Pracownia Beaty Stankiewicz, fot. Anna Stankiewicz, dzięki uprzejmości autorek projektu Pracownie do wglądu

Agnieszka Jankowska-Marzec: Twoja pracownia znajduje się w kamienicy przy ul. Poselskiej 18, w centrum Starego Miasta w Krakowie. Jak udało Ci się znaleźć tak niezwykłe miejsce do pracy?

Beta Stankiewicz: Nie musiałam go poszukiwać, bo jestem krakowianką z „dziada pradziada” i w tej kamienicy moja rodzina mieszka od ponad stu pięćdziesięciu lat. Ja się tutaj urodziłam, spędziłam całe moje życie, i także pracuję. Cztery pokolenia rodziny, prawdziwy galicyjski tygiel narodowościowo-wyznaniowy związał swoje losy właśnie z tym miejscem.

A.J.M.: Ja od razu zachwyciłam się tym miejscem, tym, jak je urządziłaś, lekkimi, jasnymi meblami. I ten biały, podwieszony u sufitu materiał niczym śródziemnomorska „markiza”…

B.S.: To jest prześcieradło, które ma chronić przed plamami światła utrudniającymi pracę nad obrazem. Południowe światło jest bardzo kontrastowe i kiedy maluję duże płótno i nieopatrznie odsłonię tę zasłonę, to „prostokąty” światła wędrują mi po obrazie, tak że wchodząc do pracowni, można ulec złudzeniu, że są namalowane. Natomiast kiedy zasłona jest zaciągnięta, nie tylko ukrywam pod nią brzydkie okna dachowe, ale także światło staje się bardziej rozproszone, miękkie i po prostu lepiej mi się maluje.

Pracownia Bogumiła Książka

Pracownia Bogumiła Książka, fot. Anna Stankiewicz, dzięki uprzejmości autorek projektu Pracownie do wglądu

W krakowskim w „Składzie Solnym” (XVIII w. dawnym magazynie solnym), od lat 90.  mieszczą się pracownie artystyczne, które zostaną jednak opuszczone, gdy powstanie w nim Centrum Literatury i Języka – „Planeta Lem”. Jednym z artystów posiadających tam pracownię jest Bogumił Książek, organizujący w niej jednodniowe wydarzenia twórcze. Jednym z nich było: Czekam na 20.53. Tytuł ten oznaczał godzinę letniego przesilenia, ostatni zachód słońca rozpoczynający najkrótszą noc w roku. Książek żegnał się w ten sposób ze swoją pracownią, która jako miejsce spontanicznych działań twórczych miała przestać istnieć. Zapowiadał jednak radosne pożegnanie, w duchu sobótkowej nocy. Noc świętojańska to moment powitania lata, pogańskie święto Kupały-ognia, radości i witalności. Pracownia została więc opakowana złocistą folią (okno folią NRC, chroniącą przed przegrzewaniem), poza tym zawiesił paski folii, odbijające promienie zachodzącego słońca w całym pomieszczeniu. Ważnym rekwizytem była zawieszona pod sufitem pułapka na osy, jego szczęśliwy talizman, niezbędny w zapewnieniu mu bezpieczeństwa. Jest bowiem uczulony na ich jad: w młodości po ukąszeniu przez osę, w wyniku szoku anafilaktycznego doświadczyłem utraty wzroku. (…) dramat tamtych chwil przeżywałem zdając sobie sprawę, że byłem malarzem, a teraz jestem ślepy, jak mi się wówczas zdawało, na zawsze. (…) Gdy odzyskałem na intensywnej terapii świadomość nie cieszyłem się z odzyskanego życia, tylko odzyskanego świata widzialnego.

Pracownia Cecylii Malik

Pracownia Cecylii Malik, fot. Anna Stankiewicz, dzięki uprzejmości autorek projektu Pracownie do wglądu

Agnieszka Jankowska-Marzec.: Po co artystce takiej jak Ty – performerce, aktywistce społecznej, pracującej głównie w terenie – pracownia?

Cecylia Malik: Po pierwsze, jeśli zaczynamy od aktywizmu, to organizuję często duże, pięknie wyglądające happeningi. Na przykład Siostry Rzeki – każda ma tablicę z imieniem rzeki (tablicę trzeba wyciąć ze sklejki, wymiar około 40 na 60 cm, mam takich tablic obecnie około 150, i co jakiś czas je przewozimy na happeningi). Albo Modraszek Kolektyw – wszyscy uczestnicy mają skrzydła motyli modraszków (miesiąc temu wycinaliśmy i malowaliśmy około 200 skrzydeł z tektury po pudłach kartonowych). Albo protest przeciwko wycinkom w Puszczy Białowieskiej – malujemy wspólnie 200 tekturowych mandali, kół o średnicy 1,5 metra. Gdzieś to wszystko trzeba przygotować, gdzieś później przechowywać. Bez względu na to, czy malujesz obraz czy transparent, potrzebujesz trochę przestrzeni (…).

A.J.M.: Jakie zatem wymagania musi spełniać Twoja pracownia? Przestrzenne, lokalowe, mentalne?

C.M.: Po pierwsze, najważniejsze dla mnie jest to, żeby była blisko domu. Jestem matką trójki dzieci. Mam psa. Gotuję, robię zakupy, odprowadzam dzieci do przedszkola. Czasami w ciągu dnia mam na swoją pracę tylko dwie godziny. Kluczowe, żeby było blisko. (…) Po drugie, musi być to pracownia duża – bo potrzebuję przestrzeni na malarstwo, na magazyn, ale też na wspólne działanie z innymi.  No i wreszcie, po trzecie, dobrze by było, gdyby jej częścią było podwórko, jakieś miejsce, gdzie mój mąż Piotrek mógłby zbudować mi tratwę Rybę do pływania po Wiśle.

Pracownia Janusza Janczy

Pracownia Janusza Janczy, fot. Anna Stankiewicz, dzięki uprzejmości autorek projektu Pracownie do wglądu

Agnieszka Jankowska-Marzec: Czy niewielka przestrzeń, jaką dysponujesz do pracy, jest utrudnieniem czy może zaletą?

Janusz Janczy: Ta niewielka przestrzeń splata się z zamysłem mojego „efemerycznego” działania, współtworzy go, w tym sensie aktualnie jest nie tylko zaletą, ale może nawet koniecznością. Przytrzymuje mnie dłużej w sferze obserwacji drobnych codziennych zdarzeń, łączenia tego, jak żyję, z tym, jakie obiekty robię, skłania do szerszej refleksji i raczej do wykonywania niewielkich modeli, notowania pomysłów niż impulsywnej obróbki kuszącego do pracy materiału. Nie wykonuję tu żadnych prac głośnych ani „inwazyjnych”, które mogłyby komuś przeszkadzać. Prywatna przestrzeń domu, nasiąknięta „codziennością”, wymusza pewne koncepcje i rozwiązania, jakie chyba nie pojawiłyby się w innych przestrzeniach, innych pracowniach. Wpisują się one w takie taktyki codziennego działania, wiesz, typu daily sculptureeveryday sculpture. Tak powstał pomysł dokumentowania rzeźb z pianki przy okazji golenia się, rzeźby z gałązek pomidora, czy wcześniejszy cykl Translucent, którego idea zaświtała gdzieś przy obserwacji rozświetlonej szklanki z herbatą. (…) Inspiracje ze sfery domowej składam z innymi, bardziej osobistymi, wewnętrznymi wymiarami, światem snu, sztuki czy innych przestrzeni kulturowych.  Co do utrudnień, są oczywiście liczne utrudnienia. Żądają one nietypowych rozwiązań i rzeczywiście traktuję je jako wyzwania dla kreatywności. Jeśli potrzebuję wykonać jakieś większe elementy, wymagające technologii, zawsze mam możliwość skorzystania  z innego miejsca.

Pracownia Łukasza Stokłosy

Pracownia Łukasza Stokłosy, fot. Anna Stankiewicz, dzięki uprzejmości autorek projektu Pracownie do wglądu

Martyna Nowicka: Jaki masz stosunek do odwiedzin w pracowni? Wedle jakiego klucza wieszasz prace innych artystów?

Łukasz Stokłosa: Malowanie to dla mnie samotna czynność, a moja własna pracownia nie wydaje mi się ciekawym miejscem. Zazwyczaj, kiedy ktoś mnie tu chce odwiedzić, zgadzam się, ale czuję się trochę zaskoczony tym pytaniem. Czy ktoś chce oglądać moją paletę? Pędzle? Myślę też, że ten „nieinteresujący” charakter mojej pracowni wiąże się z rozmyciem funkcji, jej wsiąknięciem w dom. Ale też, odwracając sytuację, lubię odwiedzać cudze pracownie. Prace innych to z kolei ten „domowy” element w pracowni: mam tu dzieła przyjaciół, świetnych artystów.

M.N.: A swoje prace jak wieszasz?

Ł.S.: Klucz można określić jako praktyczno-estetyczny. Czasem obrazy tu schną, te ściany to też mój magazyn. Układam prace w kompozycje, próbuję do wystaw, czasem przypadkiem coś się ułoży tak dobrze, że mam ochotę to potem wykorzystać.

Pracownia Marii Pinińskiej-Bereś i Jerzego Beresia

Pracownia Marii Pinińskiej-Bereś i Jerzego Beresia, fot. Anna Stankiewicz, dzięki uprzejmości autorek projektu Pracownie do wglądu

Agnieszka Jankowska-Marzec.: Podobno początkowo Twoi Rodzice-Maria Pinińska-Bereś i Jerzy Bereś zamierzali wspólnie korzystać z pracowni, ale okazało się to jednak niemożliwe. Dlaczego?

Bettina Bereś: Po prostu materiały im się nie zgadzały. Pierwsze prace, jakie mama wykonała w pracowni, to były betonowe Rotundy, a tata rozpoczął wtedy realizacje swoich drewnianych Zwidów, a więc z jednej strony kurz powstały przy obróbce betonu, z drugiej odpadki, wióry drewniane w obydwojgu wzbudzały irytację. Z czasem, mniej więcej w połowie lat 60., mama odkryła masę papierową, z której wykonywała obiekty, także wiele elementów szyła z białego i różowego płótna, uznała więc, że w pracowni jest zbyt brudno i urządziła sobie kącik do pracy w pokoju, w którym wszyscy mieszkaliśmy, to znaczy rodzice, ja i nasz pies.

A.J.M.: Współczesna aranżacja pracowni i mieszkania Twoich rodziców przy ul. Siemaszki to Wasze dzieło?

B.B.: To wizja (a właściwie proza) moich Rodziców. Pokój, gdzie mieszkaliśmy, a mama pracowała, został urządzony drewnianymi meblami zrobionymi przez ojca, które bardzo były podobne do jego rzeźb, do Zwidów. Rodzice wpadli na pomysł, aby podzielić ten nasz jedyny pokój na część dzienną i sypialną za pomocą ażurowej, rzeźbiarskiej ścianki, którą wspólnie wykonali. Stół był z przeciętego wzdłuż pnia wielkiej lipy, nieokorowany. Na środku miał wyrzeźbiony na stałe półmisek na owoce. Miał cztery nogi, ale dwie z nich były u dołu zrośnięte, więc praktycznie stał na trzech, co owocowało wiecznymi katastrofami, bo jak ktoś nieopatrznie się oparł w niewłaściwym miejscu, to on się wywracał.

Pracownia Michaliny Bigaj i Magdaleny Lazar

Pracownia Michaliny Bigaj i Magdaleny Lazar, fot. Anna Stankiewicz, dzięki uprzejmości autorek projektu Pracownie do wglądu

Martyna Nowicka: Od jak dawna dzielicie pracownię? Dlaczego w ogóle zdecydowałyście się na takie rozwiązanie?

Michalina Bigaj: Od kiedy my tu jesteśmy?

Magdalena Lazar: Drugie czy trzecie wakacje?

MB: Chyba jednak drugie, czyli z półtora roku. Najpierw, zanim się tu wprowadziłyśmy, nasze pracownie sąsiadowały ze sobą na Romanowicza, czyli w Telpodzie, w dawnym budynku Krakowskich Zakładów Elektronicznych Unitra. Sytuacja tam wyglądała podobnie do tej tutaj: zaczęły się remonty, trzeba się było wyprowadzać z pracowni w kolejnych częściach budynku. I w pewnym momencie okazało się, że już naprawdę musimy poszukać czegoś nowego.

ML: Łatwiej było znaleźć jedną większą przestrzeń niż pojedyncze klitki, jak na Romanowicza. Stwierdziliśmy, że spróbujemy, zobaczymy, jak nam się pracuje w takich warunkach.

M.N.: Ile osób tu pracuje? Jak to wpływa na jakość Waszej pracy?

ML: Zaczynaliśmy w trójkę – my dwie i Łukasz Podolak, potem dołączyły do nas Ola Braska i Ania Pichura.

MB: Mamy tu taki nieformalny system zmianowy, wprowadzony bez odgórnych ustaleń, ale skuteczny. Rzadko jesteśmy wszyscy naraz, bo każdy ma inne dni i godziny, kiedy lubi tu przychodzić czy ma na to czas.

ML: Ja najchętniej bywam tu wieczorami i w weekendy, kiedy nikogo innego nie ma, naświetlam się ekranem… Przychodzę wtedy z moim psem i nie muszę się martwić, że młodszy egzemplarz [w trakcie rozmowy po pracowni krąży szczeniak mopsa, pies Łukasza] zostanie pożarty.

MB: Ja z kolei przychodzę raczej rano.

https://pracowniedowgladu.pl
Pracownie do wglądu FB

Ten serwis korzysta z cookies Polityka prywatności