menu

Pomaganie przez budowanie

Rozmowa z kolektywem SPOT
Kolektyw SPOT w działaniu, fot. Magda Mosiewicz

Z Agatą Bosiacką i Natalią Niewiarowską z kolektywu projektowo-budowlanego SPOT rozmawia Magda Mosiewicz

Jesteście absolwentkami architektury i od paru lat organizujecie warsztaty budowlane dla studentek architektury. Czy to znaczy, że czujecie, że brakuje jakiegoś ogniwa w systemie?

Agata Bosiacka: Może najpierw sprostuję: to nie miał być warsztat dla studentek.

Natalia Niewiarowska: I chyba na początku nie chodziło tylko o studentów architektury. Ja skończyłam gospodarkę przestrzenną i rewitalizację miast.

AB: Chcieliśmy zintegrować studentów budownictwa, inżynierii środowiska i architektury, bo uważaliśmy, że środowisko architektoniczne jest hermetyczne, oderwane od realiów i od osób, z którymi potem pracuje w zawodzie. Chodziło o to, żeby studenci tych kierunków spotykali się na naszym wspólnym polu, czyli na budowie. Ale odpowiadając na drugą część pytania: tak, zdecydowanie ten pomysł narodził się z braków w systemie edukacji. Ja na pierwszej swojej budowie byłam w ramach wolontariatu organizowanego przez Fundację Habitat for Humanity Poland. I stąd narodził się cały pomysł. 

Kolektyw SPOT w działaniu, fot. Magda Mosiewicz

A wracając do pierwszej części pytania: skończyło się na warsztacie dla studentek, a nie studentów i studentek?

NN: Głównie dla studentek, i to głównie architektury, jednak warto podkreślić, że zupełnie niechcący.

AG: Okazało się, że kobiety mają większą potrzebę działań społecznych, a chodziło nie tylko o pracę na budowie, ale również o wolontariat. Niewiele też osób wie, że na architekturze osiemdziesiąt procent to kobiety.

NN: Zadziałała w dużej mierze statystyka. Próbowałam namawiać absolwentów budownictwa, ale im po prostu w ogóle nie przyszłoby do głowy, żeby angażować się w takie rzeczy, dla nich to była abstrakcyjna propozycja. Możliwość uczestnictwa w warsztatach zachęca kobiety. Czują, że nie muszą jeszcze umieć, mają się dopiero uczyć i nikt się nie będzie śmiał.

Komu pomagacie, jakie miejsca remontujecie lub budujecie?

AG: Zależało nam na tym, żeby nauka nie szła na marne. Przez całe studia architektoniczne wykonuje się projekty, które w dużej mierze nikomu oprócz samych studentów nie służą. SPOT to miało być pomaganie przez budowanie. Ale zacznijmy od tego, że uważaliśmy, że wolontariat ma zły PR, więc lepiej mówić o obozie budowlanym. Ludzie chcą się angażować, ale jak słyszą „wolontariat”, to uważają, że może to być obciach. Nie wszyscy, ale chcieliśmy zaangażować tych, którzy tak właśnie uważają. Pomysł na SPOT wziął się z mojej współpracy z Habitat for Humanity, fundacją, która, mówiąc w dużym skrócie, zajmuje się pomocą mieszkaniową. Stwierdziliśmy, że to jest dobre połączenie: my chcemy się uczyć, oni budują lub remontują domy, więc nasz warsztat się do czegoś przyda. A potem SPOT się usamodzielnił i teraz wybieramy różne organizacje pozarządowe i różne lokalizacje. Mamy okazję odkryć nowe miejsca na mapie Polski oraz, co jest najważniejsze, zintegrować studentów z różnych uczelni.

Kolektyw SPOT w działaniu, fot. Magda Mosiewicz

A jak mówisz „my”, to kto to jest?

AG: Zaczęło się od tego, że z koordynatorką Fundacji Habitat for Humanity zorganizowałyśmy na Politechnice Warszawskiej spotkanie na temat możliwości zaangażowania się na budowach. Całe wydarzenie było spontaniczną akcją, opublikowałam to na swoim Facebooku. Podzwoniłam po znajomych i powiedziałam, żeby przyprowadzili swoich znajomych. I tak właśnie poznałam Natalię. Zawiązała się wtedy grupa dziesięciu osób, które postanowiły zorganizować letni wyjazd na budowę Habitatu i to było właśnie nasze pierwsze „my”. Później tę grupę nazwaliśmy SPOT, następnie „kolektyw projektowo-budowlany SPOT”. Grupa oczywiście ewoluowała przez te lata, niektóre osoby są do dziś, część jest nowych. Zawsze chodziło nam o to, żeby poszerzać to grono, wprowadzać nowe osoby, z nowymi pomysłami.

A co dla was znaczy „kolektyw”?

NN: Dla mnie SPOT to taka wspólnota, która celebruje coroczne survivale – trochę jak w rodzinie celebruje się święta. Traktujemy działalność w kolektywie jako dodatek do życia zawodowego, dzięki czemu możemy rozwijać się w różnych kierunkach.

Nie sformalizowałyście organizacji: to nie jest NGO, to nie jest firma. Tak jest łatwiej? Nie ma biurokracji, można tylko celebrować?

AG: Tak, można w ten sposób zająć się najważniejszym, czyli robotą. Co roku angażują się nowe osoby i zadają to pytanie: dlaczego nie jesteście fundacją? Myślę, że tego nie potrzebujemy. Współpracujemy z organizacjami pozarządowymi, podpisujemy z nimi porozumienia i tak załatwiamy kwestie formalne. A my mamy swobodę. Jeżeli czujemy w grupie energię, żeby coś organizować, to organizujemy. Nie ma presji. Ktoś może dzisiaj mieć czas, jutro nie. Ta swoboda służy grupie i daje wbrew pozorom mnóstwo możliwości.

Czyli można żyć bez grantów?

AG: Mamy taki model finansowania – „biznesowy” brzmiałoby zbyt górnolotnie – że jesteśmy niezależni. Uczestnicy wpłacają po kilkaset złotych, pokrywając koszty logistyczne. Ostatnio mieliśmy partnerów, dzięki którym dostaliśmy część materiałów budowlanych, ale też dzbanki z filtrem na wodę czy hamaki. W poprzednim roku udało się pozyskać od sponsora kaski, rękawiczki i okulary ochronne. Staramy się angażować różne podmioty, również po to, żeby poszerzać pole oddziaływania. Ale była też taka edycja, kiedy nikt z organizatorów nie miał czasu na poszukiwanie partnerów, więc po prostu zebraliśmy się i pojechaliśmy. Możemy to zrobić w każdej formule. Jeżeli mamy czas, robimy to dłużej i z pompą. Budujemy, ale też organizujemy warsztaty z tutorami.

Dla uczestników to jest pierwsze działanie społeczne? Macie taką wiedzę?

AB: Nawet mamy takie pytanie w formularzu, z ciekawości i dla własnych statystyk. Są osoby, dla których to pierwsze takie doświadczenie. Ale jest sporo osób zaangażowanych na przykład w samorządy studenckie. Formularz to jedno, a potem poznajemy tych ludzi na survivalu i wiemy, że trafiają do nas osoby pełne pasji, które się angażują na wielu polach i uprawiają niezłą żonglerkę, żeby znaleźć na to czas.

Kolektyw SPOT w działaniu, fot. Magda Mosiewicz

Jeszcze ważny element tej układanki: kto prowadzi warsztaty?

NN: Żadna z nas nie ma umiejętności…

AB: …na takim poziomie! Tutaj nie można postawić kropki!

NN: …umiejętności na takim poziomie. Po kilku edycjach można mieć spore doświadczenie w pracach wykończeniowych i budowlanych, ale wciąż nie takie, żeby instruować innych. Na pierwszym Spocie instruktora i kierownika budowy zapewniał Habitat. A potem już zawsze był Mariusz, który ma wieloletnie doświadczenie w budownictwie. Jest bratem Macieja, prezesa Fundacji Pomocy Dzieciom SI-gma, dla której remontowaliśmy przedszkole dla dzieci ze spektrum autyzmu. A Maciej jest też nauczycielem w technikum budowlanym.

AB: Mariusz to człowiek, który zawsze pracował sam. Ma jednoosobową firmę i za pierwszym razem miał ogromne obawy, że nie poradzi sobie w roli instruktora dla dużej grupy młodych ludzi. Ale odkrył, że sprawia mu to dużo radości. Tegoroczna edycja będzie już czwartą z Mariuszem i Maciejem. Jak tylko wiemy, że coś się szykuje, dzwonimy, żeby zarezerwowali sobie dla nas termin.

Byłam na ostatnim obozie i miałam wrażenie, że to prawdziwi fachowcy, ale jakby nieprawdziwi budowlańcy, przez ten brak protekcjonalizmu…

NN: Na survivalu nie ma prac męskich lub damskich, każdy może spróbować wszystkiego. Myślę, że jest to zaskakujące dla osób z zewnątrz, ale w naszej grupie każdy się z tym zgadza, w szczególności Mariusz.

AB: Tak jak wszędzie, w korporacji czy na budowie, są ludzie, z którymi się dogadujemy lub nie, są seksistowskie żarciki albo ich nie ma.

À propos korporacji, czy wasz model organizacji jest wzorowany na wolontariacie pracowniczym? Nie musisz pracować w NGO-sie całe życie, pracujesz w korpo, ale możesz na tydzień wyjechać i wykonać konkretną pracę w słusznej sprawie. Widziałam takie przedsięwzięcie w Palestynie, gdzie pomagałam robić film. Przyjeżdżali tam na przykład pracownicy banków z Europy odbudowywać domy. I bardzo dużo za to płacili.

AB: My chcieliśmy właśnie stworzyć alternatywę dla modelu organizowanego przez pracodawcę albo przez firmy obsługujące takie wyjazdy. Oczywiście znamy te zagraniczne wolontariaty, odbudowy szkół po huraganach i tak dalej. Taki wyjazd może kosztować nawet tysiąc dolarów. My chcemy to robić jak najmniejszym kosztem. Ostatnio mieszkaliśmy pod namiotami i sami gotowaliśmy. To bardzo ograniczyło koszty i nie zabierało dużo czasu. Takie podejście daje możliwość zaangażowania się każdemu: i tym na etacie, i studentom.

Kolektyw SPOT w działaniu, fot. Magda Mosiewicz

Obserwujecie podobne grupy na świecie?

AB: Interesują nas takie ruchy, ale bardziej te w Polsce. W Łodzi jest grupa organizująca podobne wydarzenia, opierająca się na trochę innym modelu, nazywa się Workcamp Łódź. Śledzimy wolontariaty pracownicze, jeśli zajmują się remontami i budową. Obserwujemy projekty crowdfoundingowe. Badamy to raczej lokalnie, bo my też działamy lokalnie, stąd czerpiemy inspiracje, i wydaje mi się, że taki sposób działania bardziej nam służy i więcej dzięki temu możemy skorzystać.

Czy to kilkuletnie już doświadczenie inspiruje was do rozszerzenia działań kolektywnych? Założenia spółdzielni budowlanej? Spółdzielni mieszkaniowej?

NN: Rozmawiałyśmy już trochę o przyszłości. Każda z nas jest teraz na etacie, mnie odpowiada elastyczność mojej pracy, pracuję zdalnie w niemieckiej firmie produkującej prefabrykaty żelbetonowe. Ale zdecydowanie SPOT jest przyszłościowy, choć według mnie bardziej ze względów edukacyjnych niż budownictwa społecznego.

AB: Prawda jest taka, że oddolne organizowanie projektów to długi proces. Kolejnym krokiem mogłoby być zwiększenie liczby turnusów i warsztatów z tutorami. Tylko że to nie jest tak, że mamy dwa tysiące zgłoszeń, zazwyczaj jest tylko około czterdziestu. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, to będziemy nasz projekt rozwijać. Na razie staramy się go skalować krok po kroku, badając jednocześnie potrzeby wszystkich stron.

Czy w Polsce jest szansa na społecznie zaangażowaną pracownię architektoniczną? Czy można sobie wyobrazić nie tylko pomaganie przez budowanie w ramach swojego urlopu, ale też pomaganie przez projektowanie w ramach codziennej pracy?

NN: Wydaje mi się, że to dopiero kiełkuje w Polsce. Ale na świecie to również zaskoczyło dopiero niedawno. Jestem wielką fanką pracowni Lacaton i Vassala, przepowiadałam, że dostaną Pritzkera, po tym jak dostali nagrodę Miesa van der Rohe. A w Polsce? Pracownie, które znam i w których pracują moi znajomi, niekoniecznie idą w tę stronę co Francuzi. Choć istnieją pracownie komercyjne, które robią fajną, bardzo ważną konsultacyjną robotę, na przykład A2P2, którzy byli tutorami na Festiwalu Warsztatów OUTDOOR w ramach SPOT 2020.

Dla porządku tylko wtrącę, że w Polsce nagrodę architektoniczną „Polityki” dostał dom dla bezdomnych zbudowany z upcyklingowanych materiałów z rozbiórki, według projektu xystudio. Programowo szerzę dobre wiadomości. Tak, coś kiełkuje i jest też nagradzane. 

AB: Obecnie pracuję w dziale inwestycji w firmie developerskiej, współpracujemy z różnymi biurami architektonicznymi w całej Polsce. Ta architektura ma jakość, myśli się o wartościach, o użytkowniku, jednak głównie w kontekście biznesowym i sprzedaży, co jest, powiedzmy, takim win-win. To wszystko musi się spinać budżetowo. Obserwuję też relacje władz miasta z deweloperami. Widzę, że myśli się o mieszkańcach, ale kryje się za tym też wiele innych aspektów.

NN: Od władz miast bardzo dużo zależy, a nie wykorzystują tego. W wielu krajach zmiany zapoczątkowane zostały odgórnie, w ramach ustawodawstwa. U nas też ten proces powinien się zacząć od prawa. Z drugiej strony, możemy uczestniczyć w tych zmianach, obserwujemy te drobne przedsięwzięcia, które realizowane są oddolnie, bez pomocy pracowni architektonicznych czy urzędów miast. I te drobne projekty cieszą najbardziej.

AB: No, pewne narzędzia prawne są, ale wielu specjalistów pracuje nad tym, jak skutecznie je ominąć.

NN: Albo przepisy są tak sformułowane, że można je interpretować na wiele sposobów.

Kolektyw SPOT w działaniu, fot. Magda Mosiewicz

To wróćmy do tego, co można tu i teraz: gdzie teraz organizujecie survival budowlany i jak się tam zgłosić?

NN: Od 10 do 18 lipca będziemy pod Radomiem, w bazie harcerskiej. Wieś nazywa się Rajec Poduchowny. Pięć dni na budowie i dwa dni warsztatów z tutorami. No i oczywiście przedbudowlana integracja „spotowiczów”.

AB: A remontować będziemy stołówkę, obiekt drewniany, zamknięty przez inspektora ze względów bezpieczeństwa. Przywrócimy go do użytku. Na stronie wydarzenia będzie zamieszczony formularz zgłoszeniowy. Coroczna tradycja to wymóg stworzenia mema na podany przez nas temat. W czasach nawyku klikania przeróżnych rzeczy, na które chcemy się zapisać, jest to narzędzie weryfikujące, czy komuś na tyle zależy, że podejmie to minimum wysiłku. Bo prawda jest taka, że survival to wprawdzie są wakacje, ale też trzeba w to włożyć trochę pracy.

A jeśli zgłoszą się studentki polonistyki, nie architektury? Albo osoby ze starszego pokolenia?

NN: Przez te cztery edycje wydarzenia przewinęło się mnóstwo bardzo różnych osób – bankowcy, ludzie po dziennikarstwie czy informatycy. Koncept survivalu sformułowany jest tak, by była to wartość dodana do systemu edukacji kierunków technicznych, ale każdy może spróbować swoich sił.


Inicjatywa SPOT –
organizuje obozy, podczas których można nauczyć się prac budowlanych, remontując lokale organizacji pozarządowych. Pozwala własnoręcznie burzyć i stawiać ściany i obserwować efekty. Propaguje weganizm wśród budowlańców. Umożliwia zwiedzanie Polski. Kolektyw jest grupą nieformalną, co roku zmienia skład, można się przyłączyć. http://inicjatywaspot.pl/

Magda Mosiewicz – autorka filmów dokumentalnych. Organizowała Departamenty Propozycji podczas festiwalu Warszawa w Budowie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Udział w survivalu budowlanym był częścią programu rezydencyjnego Biennale Warszawa „Jaki świat po pandemii?”.