menu

Rynek sztuki zmienia skórę

Kogo w czasach pandemii i emocji politycznych wokół przyszłości Polski obchodzi jeszcze rynek sztuki (i to ten międzynarodowy)? Jeżeli jednak  chciałabyś/chciałbyś dowiedzieć się jak wygląda funkcjonowanie galerii w dobie pracy zdalnej i zastanawiasz się z jakiegoś powodu czy pandemia zmieni coś w systemie funkcjonowania starych galeryjnych wyjadaczy, oto krótka notatka z tego, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach w komercyjnym świecie sztuki. Specjalnie dla NN6T z Londynu pisze Julia Kozakiewicz.

O tym, że świat galerii i targów sztuki współczesnej musi się zmienić, mówiono od dawna. Zarzucano mu (z zewnątrz i od wewnątrz) przestarzałość, elitaryzm, manipulowanie cenami, faworyzowanie ilości ponad jakość, a także związki z pograniczami legalnych i etycznych działań (patrz: rezygnacja poprzedniej CEO Serpentine Galleries w Londynie w związku z zarzutami posiadania udziałów w Izraelskiej firmie wywiadowczej, której oprogramowania wykorzystywane są przez drony do walki w państwach autorytarnych). Jednak to nie prowadzone od lat rozmowy, oddolne inicjatywy czy co młodsi „galerzyści”, a właśnie wirus COVID-19 poruszył postawy monolitycznego i w gruncie rzeczy przestarzałego rynku sztuki współczesnej.

Dla galerii i targów sztuki sprawa z koronawirusem rozpoczęła się chwilę wcześniej niż dla niczego jeszcze nieświadomych europejskich i światowych rządów, a mianowicie od planowanych na połowę marca targów Art Basel Hong Kong. Przynoszące od paru lat duże zyski targi niejako zmusiły zachodnie galerie do zaznaczenia swojej obecności na chłonnym i niezwykle bogatym wschodnim rynku. Edycja 2020 stała pod znakiem zapytania ze względu na trwające w Hong Kongu antyrządowe protesty – świat sztuki nie przejął się jednak zagrożoną demokracją Hongkończyków i interes ekonomiczny wygrał nad wrażliwością polityczną. W tym momencie, mniej więcej w połowie stycznia, pojawia się informacja o nowym wirusie rozprzestrzeniający się w Chinach. Protesty protestami, ale dopiero wybuch COVID-19 przekonał biorące udział w targach zachodnie galerie, że może jednak nie warto wysyłać potwornie kosztownych transportów z dziełami do miejsca, w którym zaraz wybuchnie pandemia. 6 lutego targi Art Basel Hong Kong zostały odwołane, a 20 marca otworzyła się ich nowa wersja online.

W połowie marca, czyli w momencie, kiedy ogłoszono internetową wersję targowego giganta, zachodni świat sztuki komercyjnej, podobnie jak 90% innych branż, które mogło sobie na to pozwolić, ze względów wiadomych przeszedł do funkcjonowania w rzeczywistości cyfrowej. Zarówno mega-galerie, takie jak Hauser & Wirth, Pace czy Gagosian, jak i tysiące mniejszych galerii z Berlina, Paryża, Nowego Jorku, Londynu, Rzymu czy Warszawy zaczęło odkrywać dobrodziejstwa świata online – swoje własne strony internetowe, Instagrama, angażując do tego co młodszych i zaznajomionych z programowaniem pracowników. W skrajnych przypadkach sprzedaż dzieł sztuki przeniosła się nawet do VR-owej przestrzeni wyobrażonej willi na hiszpańskiej Menorce,[1] z której ścian kupić można prace na papierze klasyków takich jak Louise Bourgeois, Mark Bradford, Glenn Ligon, Bruce Nauman czy Lorna Simpson.

Proliferacja internetowych treści wytwarzanych przez światowe galerie wydaje się być wręcz groteskowa. Branża, która do tej pory funkcjonowała za zamkniętymi drzwiami, a najważniejsze rozmowy odbywały się podczas wykwintnych kolacji w najmodniejszych restauracjach światowych metropolii przestawiła się na medium najbardziej egalitarne, pokazując kulisy swojego funkcjonowania w kwarantannie. Najbardziej rozchwytywani artyści za namową reprezentujących ich galerii zaczęli pokazywać swoje pracownie, właściciele i dyrektorzy galerii oprowadzali po swoich wypełnionych sztuką domach, nawet sami klienci-kolekcjonerzy zaczęli prowadzić własne instagramowe czy zoomowe live-y, w których opowiadali o obrazach wiszących nad ich stołami. Internet, zwykle znajdujący się w dole hierarchii strategii marketingowych wielkich galerii i świata komercyjnej sztuki w ogóle, nagle znalazł się na szczycie listy priorytetów.

źródło: @jerrygogosian

Podobną strategię przyjęły wielkie targi sztuki, takie jak Frieze. Pierwszym jej testem była nowojorska edycja targów, która odbyła się w pełni w wersji internetowej pomiędzy 8 a 15 maja 2020. Każda z biorących udział w targach galerii miała możliwość stworzenia wirtualnego „viewing roomu”, który projektowała zgodnie z oferowanymi przez Frieze możliwościami i za odpowiednią opłatą. Internetowa wersja targów oprócz stosunkowo wysokich zysków,[2] przyniosła również nowe rozwiązania, takie jak dostępność cen dzieł (zwyczajowo podawanych dopiero po wyrażeniu przez klienta stanowczego zainteresowania kupnem). Dyrektorzy targów podkreślili tym samym chęć „demokratyzacji” sprzedaży, a przynajmniej jej większej transparentności.

Reprezentanci galeryjnej odnogi świata sztuki również zachłysnęli się iluzją demokratyzacji i ogólnej dostępności, jaką umożliwiają działania online. Internetowe wystawy 3D, zdjęcia białych kubików z samotnie wiszącymi obrazami, codzienne transmisje na żywo na Instagramie, wszechobecne odgrzebywanie zwykle zaniedbanych i niedofinansowywanych przez galerie archiwów – tak właśnie wygląda świat sztuki współczesnej online. W większości przypadków projektowana na szybko i bez namysłu galeryjna rzeczywistość internetowa zbudowana została na ilości, a nie jakości. Z zamkniętej, ale jednak kuratorsko przemyślanej i wyselekcjonowanej rzeczywistości, galerie zamieniły się w chaotyczne przestrzenie zalane lawiną informacji i obrazów.

źródło: @jerrygogosian

Zachłyśnięcie się ogólnodostępnością na nowo odkrywanej platformy można tłumaczyć chęcią przetrwania, pokazania, że sztuka współczesna ma swoje silne miejsce w matrixie wszystkiego, co dzieje się obecnie na świecie. Po dwóch miesiącach pandemii, do ważnych i trudnych tematów dołączyły panujące w Stanach Zjednoczonych protesty pod znakiem Black Lives Matter, niosące za sobą postulaty również mierzące w świat sztuki. Rasistowski i wykluczający charakter szeroko pojętego rynku sztuki stał się stał się kolejnym (i to bardzo słusznym) punktem krytyki wobec dotychczasowych formuł funkcjonowania galeryjnego i muzealnego środowiska. W większości przypadków jednak, jedyną odpowiedzią świata sztuki była publikacja osławionego już czarnego kwadratu (#blackouttuesday) na znak solidarności z protestującymi. Instagramowe działania galerii i wielkich instytucji sztuką się zajmujących,  chwilowo przykryły dalszy brak dyskusji na temat systemowości rasizmu i strategii walki z nim w polu sztuki.

W morzu zbędnego kontentu pojawiły się jednak dyskusje i obietnice mobilizacji godne uwagi. Wnioskując z wielu rozmów, których posłuchać można było na kanałach zarówno większych, jak i mniejszych galerii, wynika, że coraz częściej myśli się o redukcji śladu węglowego rynku sztuki. Przerwa w ciągłych podróżach i transportach dzieł wywołana pandemią COVID-19 zmusiła do namysłu nad wkładem galerii i targów w kryzys klimatyczny. Nagłe dowartościowanie internetowych odnóg światowych galerii i organizacji związanych z rynkiem komercyjnym pokazało, że inny tryb funkcjonowania jest możliwy, a utarte ścieżki wcale nie są koniecznością. To, czy ekologiczny rachunek sumienia jest tylko chwilową słabością czasu pandemii, okaże się w przeciągu paru następnych lat.

Rynek sztuki komercyjnej można porównać teraz do węża, który zrzuca swoją skórę lub feniksa, który przeistacza się w inną postać – nie do końca wiadomo jaki będzie tego efekt, wygląda to nie do końca atrakcyjnie, ale jest nadzieja na lepsze.

Julia Kozakiewicz – absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, warszawskiej ASP oraz Goldsmiths’ University w Londynie. Researcherka, archiwistka i pilna obserwatorka świata sztuki. Obecnie mieszka i pracuje w Londynie.

[1] https://www.vip-hauserwirth.com/hauser-wirth-menorca-in-vr/

[2] Wyniki sprzedaży tegorocznej edycji targów Frieze New York: https://news.artnet.com/market/price-check-frieze-online-2020-1854441