To najprostsza i najlepsza metoda na to, by niechybnie nie odnieść sukcesu, tak w sztuce, jak i w innych dziedzinach życia. Bądź taki, jaki jesteś, nikogo nie udawaj, pokaż, jak bardzo nudna jest twoja niepodkolorowana anegdotami codzienność. Gwarantujemy, nikogo nie będą interesować opowieści o tym, że dziś znów jadłeś / jadłaś makaron z sosem albo byłeś / byłaś w bibliotece. Będąc sobą, popadniesz w niebyt szybciej, niżbyś przypuszczał/a.
Nie chcesz być częścią mafii wernisażowej, to sobie nie bądź, ale proszę, nie nazywaj się później artystą. Tylko stałe, regularne wyświetlanie się na bankietach i innych tego rodzaju spędach może zagwarantować ci sukces. Jeśli nie skończyłeś nawet studiów, a już wybierasz Stranger Things zamiast wernisażu w prywatnej galerii, to jesteś na dobrej drodze do tego, by niczego nie osiągnąć. (Opcjonalnie możesz też czytać książki). Jeśli natomiast co piątek odczuwasz FOMO (Fear of Missing Out), to najlepsza oznaka, że nieoczekiwanie możesz stać się kimś znanym.
Następnie własnoręcznie opraw, obszyj lub ozdób je dekupażem i z tym czymś w dłoni wybierz się do dziesięciu najlepszych (ulubionych) galerii i instytucji sztuki. Zaprezentuj swoje dzieła wszystkim, których uznasz za ważnych w danym miejscu. Taką prezentację najlepiej zaplanować na czas wernisażu, wtedy możesz mieć pewność, że spotkasz dyrektorkę lub dyrektora placówki.
Jeśli myślisz, że twoja skromność zostanie w końcu doceniona, to się mylisz. Gówno prawda. Skromność przeszkadza! Gdy inni chwalą się swoimi grantami, wystawami, nieistniejącymi jeszcze projektami i zaproszeniami na międzynarodowe konferencje kolekcjonerów na Bali, ty siedź cicho. Nie publikuj w internecie wszystkiego, co uważasz za ciekawe, nie wrzucaj na Instagrama zdjęć kolejnych realizacji artystycznych i finezyjnych sukcesów kulinarnych, nie prowadź na Snapchacie relacji z imprez i afterów. Nikt nigdy o tobie nie usłyszy.
Tu porada techniczna, ale nie mniej ważna. Masz na koncie już trzy wystawy, raz dzwoniono nawet z prywatnej galerii i pytano o portfolio, to najwyższa pora, by założyć fanpage. W końcu artystów się nie zna, artystów się lajkuje. Taki scenariusz sukcesu musisz potraktować jako najgorszy z możliwych. Nie warto też prowadzić własnej strony internetowej, bo po co. W pewnych kręgach sukces mierzony jest liczbą asystentów, więc pamiętaj, by nie mieć żadnego.
Jesteś młodym aspirującym fotografem, zaczytujesz się w Sposobach widzenia Johna Bergera, dostałeś się na przegląd Show Off Miesiąca Fotografii, Tadeusz Rolke pochwalił twój wydany własnym sumptem mini album – super. A teraz postaraj się znaleźć dobre komercyjne zamówienie. Może sesja dla kolorowego magazynu, może kilka zdjęć do kampanii reklamowej. Gwarantuję, że wszystkie twoje ambitne projekty pójdą w kąt i prawdopodobnie nigdy już z niego nie wylezą.
Jest wystawa, jest teza, trzeba coś pod nią podciągnąć, a kurator właśnie pisze do ciebie w tej sprawie. Może chciałbyś zrealizować jakiś mały projekt „na temat”? Pomyśl, jak bardzo nie obchodzi cię temat ciała w internecie, pieniędzy w portfelu albo nowej recepcji porcelany z Ćmielowa, i ogłoś to wszem wobec. Nie omieszkaj poinformować o tym wszystkich osób zaangażowanych i niezaangażowanych w sprawę.
Najlepiej czymś, co widziałeś niedawno na dużej wystawie w Stanach Zjednoczonych albo londyńskim muzeum, i żyj w przekonaniu, że nikt nigdy nie wyjedzie za granicę ani nie otworzy przeglądarki internetowej, a w efekcie nie odgadnie, skąd czerpałeś swoje pomysły. Jeśli jeszcze bardziej nie zależy ci na sukcesie, inspiruj się polskimi artystami. W końcu nie od dziś wiadomo, że w Polsce słowo „referencja” oznacza kopiuj–wklej.
Ostatnia i najważniejsza porada: zdefiniuj swoją strefę komfortu. Dla 90 procent badanych jest to własne łóżko, czasem rozszerzone do pokoju. Staraj się w nim pozostawać jak najdłużej, nie wysyłaj maili, bo ktoś gotów na nie odpisać. Nie wyznaczaj sobie nowych celów, uwierz, że twoim jedynym celem może być regres osobisty.
Porad (za pośrednictwem autora tekstu) udzielali artyści i artystki, którym udało się odnieść sukces (w pewnym stopniu).
Alek Hudzik – (ur. 1989) pisze o sztuce na FB i o kulturze w „News-weeku”. Czasem też do innych gazet. Z NN6T związany od numeru 61, czyli od wielu, wielu lat.